Wybory w roku 2005 były przełomowe. Cokolwiek myśleć o dwuletnim dorobku koalicji rządzącej. To był autentyczny, realny, historyczny przełom. Początek deoligarchizacji i życia politycznego i demokratyzacji publicznego dyskursu. I nieważne, czy nazwiemy to IV RP czy III RP minus (wyjątkowo nieudana metafora, swoją drogą).
Kryzys, czyli przełom
Żadne dotychczasowe wybory nie wywołały takiej szerokiej i gorącej debaty światopoglądowej dotyczącej podstaw ustrojowych państwa, filozofii władzy, rozliczenia z przeszłością komunistyczną i postkomunistyczną. Ta debata ciągle trwa. Z jednej strony temperatura sporów przypomina tę z poczatku lat 90, z czasów "wojny na górze" i "zimnej wojny religijnej". Z drugiej, jest nieco bardziej cywilizowana. Okazuje się, że ostry spór jest żywiołem demokracji. I ten fakt jest łatwiejszy do przyjęcia przez rządzącą koalicje prawicow-ludowo- narodową niż przez tzw. "obronców demokracji". Powtarzam, pozostawiam na boku ocenę realnych osiągnięć obecnej koalicji i opozycji.
Ważniejsze od faktycznych, politycznych osiągnięć ekipy rządzącej oraz innych ugrupowań jest radykalne poszerzenie pola dyskursu o języki dotąd skutecznie marginalizowane czy kanalizowane. Przełamanie "liberalno-demokratycznego konsensusu" nastąpiło wraz z książakmi Zdzisława Krasnodębskiego, Jadwigi Staniszkis, a nie - jak chciałby Sławomir Sierakowski - wraz z pojawieniem się środowiska "Krytyki Politycznej i "Manifestu kosmopolitycznego" Ulricha Becka czy "Rewolucji u bram" Slavoja Żiżka.
Kiedy czyta się wymienionych wyżej autorów, uderza podobna, wręcz identyczna diagnoza społeczna i polityczna schorzeń polskiej wersji liberalizmu. Różni się ona oczywiście w szczegółach, bo np. dla Krasnodębskiego świadomością polskich elit zawładnął Richard Rorty, a dla Sierakowskiego jego odpowiednikiem jest przytłaczający Jan Paweł II. Gdy dochodzimy jednak do wyciąganych przez nich wniosków, możemy mówić o wszystkim, tylko nie o podobieństwach. Tutaj rodzi się radykalny konflikt. Stan wojny, którego wagę uświadamiają sobie juz coraz bardziej dwie strony - czyli lewica, dla której antagonizm jest jedyną dopuszczalną metodą działania politycznego w ramach systemu demokratycznego i dla prawicy, która jest ciągle rozpięta między wcielaniem tego samego przekonania w życie oraz "samoograniczającą się ewolucją", oznaczającą drobną korektę dominującego systemu.
Prawica prawicy nierówna
Ostatnie wydarzenia pokazały, że największy konflikt w obrębie prawicy wywołały spory wokół eutanazji oraz ochrony życia nienarodoznych, a w konsekwencji debata na temat relacji religii i polityki. Przy okazji tego sporu ujawniły się dwie prawice - jak pisze w dzisiejszej "Rzeczpospolitej" w artykule "Dwie prawice" Michał Szułdrzyński - prawica konserwatywna i chrześcijańska, uosabiana przez Marka Jurka oraz prawica liberalna i laicka - tutaj reprezentowana przez publicystę "Dziennika", Cezarego Michalskiego oraz naczelnego Roberta Krasowskiego.
Można się zżymać, że jest to podział zbyt prosty i problematyczny. No bo gdzie umieścić w tej dychotomii Jarosława Gowina? Kto uważa, że nie jest to żaden problem, niech przeczyta artykuł Gowina "Sześć tez na temat wolności i religii" w "Europie". Tym niemniej podział zaproponowany przez naczelnego "Nowego Państwa" jest dobrym punktem wyjścia do dalszej dyskusji.
Razi nieco idealistyczna naiwność, kiedy pisze: "Obecność prawicy laickiej pozwoliłaby chrześcijańskiej nie przekroczyć delikatnej granicy religijnego radykalizmu. Aksjologiczne podłoże prawicy konserwatywnej pomogłoby zaś jej laickiej siostrze nie stać się przedwcześnie liberalną lewicą. Choć to oczywiście polityczne marzenia, warto sobie czasem przypomnieć, że polityczne tu i teraz na prawicy nie jest wszystkim, na co stać polską prawicę." Bowiem cnotliwy dialog wewnątrzprawicowy przegrywa bardzo często z emocjami i zwykłą jatką personalną wyzutą z merytorycznej treści.
Każdy kto śledził debatę ostatnich miesięcy, mógł zauważyć, że takie nadzieje na wzajemne wspieranie się i wzmacnianie prawicy chrześcijańskiej i laickiej to mrzonka. Przedstawicielom tej drugiej bliżej jest może w kwestiach pomysłów ustrojowych i gospodarczych projektowi, jaki stał za niedzoszłą koalicją PO-PiS. Ale już w kwestii ideowych fascynacji lokują się w pobliżu Chmielnej 26. To tam upatrują źrodeł ożywczej debaty dla zrytualizowanych sporów polskiego grajdołka. Zblazowanych prawicowców jest w stanie podniecić dziś tylko Lenin.
Owszem, może i dopuściliby swoich "przyjaciół fundamentalistów" do wspólnego kształtowania debaty publicznej. Ale tylko na proponowanych przez siebie zasadach. "Chrześcijaństwo - tak. Ale przetłumaczone na nasz, laicki język." Katolik, który wyzbywa się części - z jego punktu widzenia fundamentalnej - swojej tożsamości jest tolerowany. Resztę wyklucza się z światopoglądowej debaty. W tym miejscu polecam bardzo dobry wywiad Michalskiego z Markiem Jurkiem w "Czy liberalny kompromis zabija sumienie?" w "Europie".
Lewica uczy sie od św. Pawła
Za kluczową sprawę na dziś lewica, skupiona wokół "Krytyki Politycznej" uznaje „właściwe zdiagnozowanie przyczyn słabości ruchów lewicowych oraz dobre rozpoznanie kulturowych i ekonomicznych mechanizmów współczesnego świata”. Zarys lewicowej strategii wygląda mniej więcej tak: Po pierwsze, nie dajmy się wepchnąć w rolę działaczy związkowych, piszmy nowe encyklopedie i zmieniajmy kontekst ideologiczny. Po drugie, nie musimy dyskutować ze wszystkimi. Faszystom mówimy nie! Po trzecie, jeżeli chcemy być poważnym graczem musimy wejść w spory wewnątrz mainstreamu politycznego. Inaczej zamienimy się, chcąc nie chcąc, w sojuszników status quo. Robimy to po to, aby załatwić własne porachunki. Po czwarte, nie dajmy się sprowadzić do ruchu jednej sprawy. Nie można robić rewolucji bez rewolucji. Po piąte, nie bójmy się ryzyka kwestionowania pojęcia demokracji liberalnej. Wiara w jej wieczne istnienie jest utopijna. Po szóste, wreszcie, historyczne teksty lewicy to tylko „zapis dawnych bitew”, a nie wciąż aktualny instruktaż działania.
Lewica oswaja opinię publiczną i elitę umysłową wrzucaniem treści kontrowersyjnych, a biorąc pod uwagę doświadczenia XX-wiecznej Polski można powiedzieć nawet, że szokujących. Tak jest w przypadku Lenina w interpretacji Slavoja Żiżka czy…św. Pawła podanego przez niejakiego Alaina Badiou.
Tak, jak Chrystus jest Marksem lewicy, tak wcieleniem Lenina jest apostoł narodów. Lewica sięga po język tradycji religijnej, aby wzmocnić swój przekaz i nadać mu walory uniwersalności. Widząc jak dyskurs religijny opiera się językowi rynku oraz liberalnej demokracji, która oswaja każdą nowość, jako swoje potwierdzenie, lewica ogłasza się jedynie uprawnionym spadkobiercą przesłania św. Pawła. Współczesna lewica – zdaniem Kingi Dunin – znajduje się w takiej samej sytuacji, w jakiej przed dwoma tysiącami lat działał św. Paweł. Sieje zgorszenie. Dla apostoła nie było Greka i Żyda, dla lewicy nie ma płci, orientacji seksualnej, religii, narodowości. Celem jest stworzenie takich warunków, w których możliwe jest całkowite zerwanie z dotychczasowym światem i stworzenie własnej prawdy. Bo prawdę się stwarza. Św. Paweł jako polityk i agitator jest dla lewicy patronem przedefiniowanej polityczności. Nie jest już ona „sztuką osiągania tego, co możliwe w ramach istniejących warunków, (…) lecz odkrywaniem nowych możliwości i tworzenia warunków dla ich powstawania”.
***
Wewnętrznie podzielona prawica i integrująca się lewica staja powoli naprzeciw siebie.
Pozostaje się zgodzić ze słowami Jarosława Gowina, który pisze: "Żyjemy w epoce mocnych wartości i wyrazistych tożsamości. Z punktu widzenia polityki kwestia wartości to nie temat drugorzędny czy zastępczy. Rzecz jasna, można wygrać wybory, nie mając zdecydowanego stanowiska w sprawie "wojny kulturowej", która toczy się we współczesnej cywilizacji. Bez takiego stanowiska - innymi słowy: bez rządu dusz - nie da się jednak realnie rządzić Polską, tzn. przekonać Polaków do dalekosiężnych celów i wizji, które nadają sens działaniom politycznym."
Z wielką radością przyjmuję te słowa. Istotnie szykuje się wojna.



Komentarze
Pokaż komentarze (29)