Za nieco ponad dwa tygodnie odbędzie się szczyt UE w Brukseli, który zakończy okres prezydencji niemieckiej. Jaki jest bilans przewodnictwa Niemiec UE? Czy prezydencja niemiecka jest sukcesem? - Tak naprawdę rozstrzygnie się to dopiero między 21 a 23 czerwca, na szczycie w Brukseli. Z polskiej perspektywy można mówić o dwóch istotnych rzeczach, które należy ocenić pozytywnie. Pierwsza to wpływ, jaki mieliśmy na treść Deklaracji Berlińskiej. Drugim sukcesem jest to, że nie udało się w dyskusji na temat przyszłości Traktatu Konstytucyjnego zepchnąć Polskę do narożnika. Cały czas utrzymujemy się w głównym nurcie dyskusji - mówi Marek A. Cichocki w wywiadzie, którego udzielił naszej gazecie.
W marcu podpisano Deklarację Berlińską na 50-lecie Traktatów Rzymskich ustanawiających Wspólnoty Europejskie. Nie jest to akt politycznego przełomu, lecz zapis ideałów i wyzwań, które stoją przed UE w XXI w. Zagrożenia energetyczne nikną gąszczu słów o wyzwaniach, jakie stawiają zmiany klimatyczne. Delegacja polska musiała upominać się o rzecz- wydawałoby się - oczywistą, czyli uznanie wyjątkowej roli państw Europy Środkowo-Wschodniej w zjednoczeniu kontynentu. Dużo słów o dobrobycie, stabilności i pokoju. Europa jawi się w tym projekcie jako nieświeży projekt wspólnoty państw opiekuńczych. Bo wspólnotą polityczną nie jest i wciąż być nie może.
Po dwuletnim "czasie na refleksję" przywódcy państw europejskich - a przede wszystkim kanclerz Niemiec , Angela Merkel - podjęli temat Traktatu Konstytucyjnego na nowo. Podobnie jak w przypadku Deklaracji Berlińskiej, temat chrześcijaństwa i zapisów odniesień do wartości chrześcijańskich jest skutecznie zbywany milczeniem (podobno nie tylko z winy Francji).
Najwięcej emocji wzbudza tzw. pakiet instytucjonalny, w którym są zapisy dotyczące systemu głosowania w Radzie UE. Obecnie obowiązuje nas system nicejski, który sztucznie nas dowartościowuje kosztem wielkich państw. Dlatego ich przedstawiciele chcą teraz wrócić do pomysłu zasady "podwójnej większości". To rozwiązanie uprzywilejowałoby państwa najwieksze i najludniejsze, jak Niemcy czy Francja. Polscy negocjatorzy proponują zasadę pierwiastka, w oparciu o którą dysproporcje w sile głosu między krajami dużymi a średnimi nie będą tak wielkie jak w przypadku zasady "podwójnej większości".
Dotychczasowe twarde stanowisko polskich negocjatorów (przede wszystkim Marka A. Cichockiego) przyniosło dobre rezultaty. Szczyt w Samarze, gdzie po raz pierwszy przedstawiciele UE twardo bronili interesów Polski przed zakusami Putina, udowodnił, że warto bronić swoich priorytetów i to pomimo początkowej zmasowanej krytyki. Dzisiaj próbuje się przylepić Polsce łatkę "oszołoma Europy", który chce otwierać puszkę Pandory i dyskutować coś, czego dyskutować już podobno nie wypada.
Poniżej dwa fragmenty wywiadów z Polakami, którzy są najbliżej tego sporu - z Danutą Hubner i Markiem A. Cichockim. Polecam.
Konrad Niklewicz: Jarosław Kaczyński mówi, że jest gotów umrzeć za pierwiastek, czyli nowy system podziału głosów w Unii. Warto za to umierać?
Danuta Hübner: To wyraz pewnej bezradności, jeśli wyciąga się ten argument ostateczny, argument śmierci. Nawet biorąc pod uwagę metaforyczność tego stwierdzenia.
Trzeba zawsze pamiętać o tym, że jeśli w tej dużej grupie, jaką jest Unia, chce się otworzyć wcześniej uzgodniony obszar i na nowo w nim rozpocząć negocjacje, to szanse powodzenia są ograniczone. To wcale nie oznacza, że pierwiastek nie może być lepszym rozwiązaniem. Pytanie tylko, czy każde państwo będzie mogło dostrzec w tym nowym pomyśle korzyść dla siebie.
Słabość "systemu pierwiastkowego" polega na tym, że nie jest pomysłem uzgodnionym. A w UE wartość pomysłów mierzy się także zdolnością do jego przeprowadzenia. Nawet najlepsze pomysły czasem umierają. (...)
Szef włoskiego rządu Romano Prodi ostrzega, że jeśli państwa takie jak Polska i Czechy będą się upierać przy swoich żądaniach, to trzeba będzie pomyśleć o zbudowaniu Unii dwóch prędkości. To blef czy realna groźba?
- To nie jest blef, ryzyko jest realne! W Europie panuje przekonanie, że mamy oto teraz pięć minut, bardzo krótkie pięć minut, na zakończenie prac nad nowym traktatem. I że jeżeli nie uda się dojść do porozumienia, zostaną wykorzystane wszystkie dostępne formuły, żeby państwa zainteresowane mogły pójść do przodu.
Pamiętajmy, że już w obecnych traktatach są zapisane procedury "wzmocnionej współpracy", tylko do tej pory nie były wykorzystywane. Także Schengen [porozumienie o likwidacji kontroli granicznych] oraz euro to przykłady współpracy grupy państw, tyle że pozatraktatowe.
Na pewno nie jest w interesie Polski, żeby Europa ruszyła do przodu, a my pozostali na marginesie.
Czy na czerwcowym szczycie Unii podjęte zostaną najważniejsze decyzje co do zapisów nowego traktatu? Czy też zostaną one - jak chce polski rząd - odsunięte?
- Czas się liczy. I politycznie, i z punktu widzenia potrzeb opinii publicznej traktat jest potrzebny jak najszybciej.
Wszystko zależy od państw członkowskich, ale czerwiec tego roku może się okazać tym miesiącem, w którym wiele decyzji zostanie podjętych. Konsensus wokół spraw podstawowych się wytwarza. Ale mówię to tylko jako obserwator.
Artur Bazak: Przyszłość Traktatu Konstytucyjnego jest obecnie w centrum europejskiej debaty. Polska być może nie jest w narożniku, jak Pan powiedział, ale wygląda na to, że formułując zastrzeżenia co do pewnych istotnych części Traktatu, jak system podejmowania decyzji, skazujemy się na bycie hamulcowym Europy.
Jeżeli porówna się sytuację, jaką mieliśmy na początku tego roku, kiedy również w Polsce mówiono nam, że powinniśmy zejść z drzewa i przestać się upierać przy kwestiach związanych z systemem głosowania z tym, co mamy w tej chwili, to jednak dostrzegam całkiem poważną postęp. Coraz więcej krajów przysłuchuje się naszym argumentom i próbuje zrozumieć nasz punkt widzenia. Udało nam się przekonać naszych partnerów, że mamy poważne argumenty. Po drugie, że warto nas słuchać, bo chodzi nam o coś bardzo istotnego. I jeżeli będziemy mieć sprzyjające warunki, to jest szansa na to, żeby tę uwagę przekuć później na szczycie w konkretne poparcie. Tzw. pakietu instytucjonalnego - więc i zapisów dotyczących systemu głosowania - nie da się utrzymać. Tak naprawdę ten pakiet już jest dyskutowany.
I to już jest sukces?
Tak. Myślę, że pakiet instytucjonalny został otwarty. Jest to dla nas podstawowy warunek tego, żeby Polska nie była pominięta w swoich postulatach.
Jakimi argumentami dysponujemy w sprawie zmiany, niekorzystnego dla nas obecnie, systemu głosowania, który uprzywilejowuje duże i ludne państwa UE?
Naszym podstawowym argumentem jest doprowadzenie do sytuacji, w której wszyscy obywatele państw członkowskich, niezależnie od tego, czy są obywatelami niemieckimi, francuskimi, polskimi czy brytyjskimi, mieli taki sam wpływ na podejmowanie decyzji. Inaczej mówiąc, to, czego się domagamy to „zasada równego wpływu", która zresztą jest zapisana w Traktacie Konstytucyjnym w art. 1.45. Zatem zrealizowanie naszych postulatów tak naprawdę jest wypełnieniem tych zobowiązań, które już znajdują się w Traktacie Konstytucyjnym. Chcemy, żeby różnica pomiędzy różnymi populacjami nie była tak duża, jak to jest w tej chwili.
Ale obecnie obowiązuje nas jeszcze system nicejski...
...który, w naszej ocenie, rzeczywiście niedowartościowuje duże kraje. To nie jest tak, że my jesteśmy zamknięci na argumenty takich krajów, jak Niemcy. Rozumiemy, że oni mają problem z systemem nicejskim. I to jest powód, dla którego właśnie w imię zasady solidarności godzimy się oddać trochę z tego, co mamy. Ale pod warunkiem, że druga strona będzie również gotowa do tego, żeby coś oddać ze swojego stanu posiadania. Myślę, że w tej chwili wszystko jest w rękach prezydencji niemieckiej. Pozostałe państwa raczej mają takie stanowisko, że jeżeli Warszawa i Berlin znajdą kompromis w sprawie systemu podejmowania decyzji, inne państwa nie będą się temu kompromisowi sprzeciwiać.
Co się stanie, jeżeli tego kompromisu nie uda się osiągnąć?
Nie będzie konferencji międzyrządowej i nie będzie reformy Traktatu Konstytucyjnego.
(całość wywiadu w najbliższym "Gościu Niedzielnym")



Komentarze
Pokaż komentarze (22)