Na blogu Jakuba Lubelskiego toczy się ciekawa dyskusja na temat języka debaty publicznej. Ściślej rzecz biorąc, spór dotyczy jasności przekazu, klarowności myśli i argumentacji oraz akademickości/nieakademickości blogów.
Z zarzutem o akademickość spotkałem się kilka razy w swoim młodym życiu. Te krytyki zawsze traktowałem poważnie. Ale zdaje mi się, że niektórzy "anty-akademiccy" krytycy - również ci na salonie24.pl - stosują ten argument zbyt często i zbyt łatwo próbują, posługując się nim, zakończyć dyskusję. Tam, gdzie oni widzą koniec rozmowy, ja dostrzegam jej początek. Bo czymże jest zarzut o akademickość w ustach tych, którzy do niego się odwołują?
Po pierwsze, tekst - mówią - jest trudny w czytaniu i przyswojeniu. Po drugie, jest upstrzony trudną terminologią. Po trzecie, traktuje o problemie złożonym, nierzadko abstrakcyjnym w sposób komplikujący rozważaną materię. Po czwarte, jest hermetyczny, czyli nie do czytania przez szeroki krąg odbiorców. Akademicki znaczy "nie do czytania", po prostu.
Myślę, że trzeba by jednak wysilić się nieco i odróżnić akademickość od powagi oraz kompetencji. A także akademickość jako wadę i zaletę, w zależności od kontekstu użycia.
Przytoczę dwie anegdoty. Obydwie dotyczą ks. Józefa Tischnera. Kiedy ks. Józef Tischner przyniósł swój pierwszy tekst do "Znaku", Hanna Malewska - wówczas jego naczelna - odrzuciła go natychmiast...za zbyt skomplikowane słownictwo wynikające z lektur fenomenologów w oryginale (dla niezorientowanych: w języku niemieckim). Więc debiut przesunął się nieco w czasie. Na szczęście działalność duszpasterska, która była jednym z ważniejszcyh obowiązków Tischnera zbliżyła jego język do ludzi.
Druga anegdotka mówi właśnie o początkach duszpasterzowania młodego księdza z Podhala. Tischner głosił kazanie (nie tak trudne, jak Wojtyła, który z tego słynął) i zobaczył, jak jakiś człowiek wyszedł z Kościoła. Po mszy św. podszedł do niego starszy ksiadz - bodajże Pietraszko - i powiedział, ze musi głosić takie kazania, podczas których nikt wychodzić nie będzie. Tischner wziął sobie to do serca i wcielał powoli w zycie. Nie tak szybko został najbardziej znanym i cenionym kaznodzieją Krakowa. Niektórzy złośliwi mówią, że jego wykłady akademckie traciły na tej duszpasterskiej popularności najbardziej, bo zamiast głosić wykład akademicki, opowiadał dowcipy. Młody wówczas student filozofii, Jarosław Gowin, wychodził z tych wykładów mocno rozczarowany. Przekonał się do Tischnera, kiedy go poznał osobiście w "Znaku".
Z tą akademickością to różnie naprawdę bywa. Czasem jest wskazana i jej brakuje, innym razem przesłania przekaz najważniejszy. Wtedy krytyka jej niewłaściwego stosowania jest słuszna. Ale nierzadko zarzut o akademickość jest stosowany zbyt frywolnie.
Tekst akademicki, aby był za taki uważany musi spełnić kilka szeroko znanych kryteriów: posiadać tezę lub hipotezę, linię argumentacyjną, zdefiniowane podstawowe i ważne dla wywodu pojęcia, wstęp i zakończenie, przypisy oraz bibliografię. Zarzut o akademickość - jaki sie pojawia najczęściej - nie dotyczy jednak warunków formalnych, jakie musi spełniać tekst. To zrozumiałe.
Stosowanie słówka "akademicki" jako zarzutu to, zdaje się, przejaw krytyki ze strony tych, którzy stroją się w piórka "mas", "wyznawców chłopomanii", rzeczników ludu. Sami piszą lub mówią językiem, który można spokojnie zakwalifikować do działki: "akademicki". Ponieważ kryteria kwalifikacji są luźne i niezdefinowane, zależne od subiektywnego poczucia osoby zarzucającej "akademickość".
Główny wróg "akademickości" Igła dla równowagi zapodał taki oto dyskurs. Dla ludzi oczywiście: "Wczoraj na dwudziestce niezła jazda do dołu była, ale stalówkę do góry brali i to duże pajdy. A z kolei na MNI od dołu się czaili a leszcze im oddawali, widać na odroczce siedzieli? Na kontraktach też momentami dużo od bazy odjeżdżali, ale potem sie zrównało. Nie ważne, ciekawe czy to na jedną sesję, czy grubsza obsuwa idzie, po całości. Ale i tak zawsze któraś spółdzielnia papier jakiś podciągnie, nawet jak niedźwiedź będzie, grunt to no dołku się załapać a na górce wyskoczyć." Jeżeli to ma być przykład na ludzki język, to ja dziekuję bardzo. Wolę żyć w wieży z kości słoniowej. Ta próbka przypomina mi nieszczęsny pomysł równoważenia programu Pospieszalskiego nowo powstającą audycją Sierakowskiego. Pisał o tym już Kuba na swoim blogu.
No więc, Igło i koledzy, macie ogląd salonu. Teksty sa tutaj różne i na rozmaitym poziomie i w rozmaitych rejestrach pisane. Argument "to musi być dla ludzi" jest argumentem słusznym, ale nie rozstrzygającym!!!



Komentarze
Pokaż komentarze (33)