Nawet na Zjeździe Gnieźnieńskim - największym spotkaniu ekumenicznym w Europie - nie dało sie uciec od wielkiej polityki. Zaczęło się od przemówienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a skończyło na apelu przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, Hansa-Gerta Poetteringa. Te dwa wystąpienia stanowiły jakby klamrę całego Zjazdu. Przez trzy dni trwały debaty, gorące spory, modlitwy. W tym samym czasie polska delegacja spotykała się z kolejnymi przedstawicielami państw członkowskich UE, aby przekonac do swojej koncepcji w sprawie zmiany systemu głosowania w Radzie UE.
- Europa jest dzisiaj w okresie, można powiedzieć, pewnej gorączki. Dni wręcz dzielą nas od co najmniej próby podjęcia jednoznacznych czy prawie jednoznacznych już decyzji dotyczących nowego kształtu instytucjonalnego. Jestem osobiście najgłębiej przekonany, że czy teraz, czy chwilę później, ale ten nowy kształt zostanie przyjęty - przekonywał prezydent RP. Słuchałem tych słów w skupieniu i pomyślałem sobie: "ma Pan racje, Panie Prezydencie". Możecie się śmiać, ale czułem powiew historii. I tak miało być nieraz w Gnieźnie, w którym nota bene byłem pierwszy raz w życiu.
Jako dosyć ograniczony człowiek, skoncentrowałem się na odbiorze intelektualnego przekazu Zjazdu. Wszedłem w rolę mi przypisaną i zbierałem materiał do artykułów. Byłem tym tak zaaferowany, że kiedy organizatorzy w pewnym momencie rozdawali butelki z wodą przed wspólną modlitwą - jak się miało póżniej okazać z gestem umycia nóg sąsiada - ja wziąłem po prostu tę wodę i...wypiłem.
Zjazd Gnieźnieński jest w wydarzeniem o wielkiej randze, pełen symbolicznych znaczeń i historycznych nawiązań. Ale odnoszę wrażenie, że jest Zjazd Gnieźnieński przede wszystkim wielkim, międzynarodowym spotkaniem ludzi reprezentujących rozmaite środowiska, media, organizacje. Jednym słowem - takim nieco większym spotkaniem towarzyskim (w pozytywnym sensie tego słowa). Można sie policzyć po prostu. No i pogadać. To bezcenne.
W poprzednim wpisie napisałem, sugerując się publikacją "Rz", o kontrowersjach wokół programu Sławomira Sierakowskiego. Zjazd Gnieźnieński umożliwił mi m.in zweryfikowanie poglądu i oceny u źródła. Muszę wyznać, że się myliłem. Zresztą w "Rz" pojawił sie na ten temat materiał.
Zapewne ku przerażeniu moich kolegów konserwatystów powiem teraz coś strasznego: odkryłem (zresztą wiedziałem to już dawno), że nasza (tzn. moja i Sierakowskiego) diagnoza pewnych schorzeń rzeczywistości, małostkowości i rozbicia środowisk przyznających się do wartości prawicowych czy konserwatywnych jest niemal identyczna. Oczywiście nie zmienia to tego, że w wielu istotnych, żeby nie powiedzieć fundamentalnych kwestiach jesteśmy na antypodach.
Zjazd przyniósł wiele ciekawych wydarzeń. Zamiast umyć nogi jakiemuś uczestnikowi, wypiłem ją. Zamiast dołączyć się do kategorycznego potępienia "pedalstwa" na towarzyskim obiedzie w gronie katolików, wolałem spisać protokół rozbieżności ze Sławomirem Sierakowskim. Może będę za to potępiony. Ale warto było.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)