13 obserwujących
251 notek
135k odsłon
97 odsłon

Tropiąc Lechię

Wykop Skomentuj2

...w kwestii ambarasu...

„Bo w tym cały jest ambaras – żeby dwoje chciało naraz” - rzecze poeta limerysta
i  prześmiewca. Fanaberie niewieście (bo chłop przecie chce nieustannie) zostawmy jednak na inną okazję – tu rzecz - przynajmniej w zamiarze  - będzie o sprawach poważnych.
Dwoje, czyli – na przykład: wiedza i  - profan, ignorant, choć pełen dobrych chęci.
Miejsce akcji – na przykład … Biedronka, taki sklep wielkopowierzchniowy.
Do tej Biedry co dzień zachodzą tłumy – profanów. Szukają tego, czego szuka się w takich sklepach: jedzenia, gaci, kosmetyków, wiader, wiertarek, wyprawek szkolnych dla dzieci profanów. Prezerwatyw i zapalniczek. Płacą i idą z zakupami, zadowoleni – do domów. Nie czują niedosytu – są zaspokojeni i ich potrzeby zaspokojone.

Zdarza się jednak, choć bardzo rzadko, że do rzeczonej Biedry, albo innego podobnego obiektu – przychodzi ktoś wiedziony pewnym, często nieuświadomionym niepokojem. Niby robi zakupy, łazi między regałami, coś tam wybiera – ale to wszystko nie to, nie to, nie tak. Coś go gryzie, jakiś robal – i nieznany i jednocześnie znany. To powoduje, że zamiast skupić się na tych wszystkich wyżej - z pełną należną gaciom admiracją  - wymienionych dobrach – zaczyna oglądać  - książki. Kompletnie bezsensowne w tym miejscu, zwykle zresztą fatalnie dobrane o zerowej wartości literackiej. A jednak jakiś dyjabeł go wodzi na pokuszenie, szpera w tych paraliterackich śmieciach, romansach nie wiadomo dla kogo – aż dogrzebuje się do książki kompletnie nieznanego autora i – nie wiedzieć czemu – otwiera, zaczyna wertować. Jest nerwowy, napięty, więc zobaczywszy jakieś zdanie, z którym może się nie zgodzić,  lub je wyszydzić – z ulgą odkłada książkę – i  - z gniewem, ale i poczuciem własnej słuszności – wychodzi.

Ale coś dalej jest nie tak – bo siada w domu do komputera – i pisze na ten temat, żeby inni przeczytali. Po co to robi, skoro jest przekonany o swoich racjach, a to wszystko, co znalazł w książce, to brednie i absurdy? Po co się tym w ogóle zajmować?

Napisałem kiedyś taki tekst o nieświadomym chodzeniu obok wiedzy. Zacznę jednak od początku.
Za każdym razem, gdy rodzi się nowy człowiek, rodzi się nowa indywidualna droga dochodzenia do wiedzy, czasem bardzo krótka i zdawkowa, czasem długa, kręta, że życia nie starcza. Wkoło oczywiście są inni ludzie,  już będący każdy na swojej drodze do wiedzy, ale to są drogi odrębne – mimo że chętnie przekazują młodemu swoje doświadczenia, to są tylko pomoce cząstkowe – drogowskazy, czasem dobre, czasem niedobre – ale  nieznaną drogą iść trzeba samemu. Wybierać drogowskazy też trzeba samemu. Bóg pytany: „dlaczego?”  przez żalącego się na swój los człowieka, odpowiadał: musisz przeżyć życie TWOJE -  każde inne byłoby NIE TWOJE.

Ja (od ja się zdania nie zaczyna, głąbie) – ja zacząłem swoją drogę do wiedzy w tradycyjnej katolickiej rodzinie: co niedziela msza, dekalog, lekcje religii, służenie do mszy, komunia, bierzmowanie, w domu choinka, Boże Narodzenie, Wielkanoc, święta kościelne – jak Pan Bóg katolików przykazał. Bez zielonego pojęcia o jakichś chanukach, talmudach, że już o innych buddyzmach czy islamach, czy już nie daj Józefie święty i Najświętsza Panienko, Ahura Mazdach, czy innych Zoroastrach, Izydach i Ozyrysach – nie wspominając. Paciorek i rączki na kołderce.

A jednak odkąd pamiętam, coś mnie gryzło, choć chodziłem, do mszy u księdza Czaplińskiego do kaplicy przy Krzyckiej służyłem, do komunii przystępowałem, a rodzina zawsze  księdza na kolędzie nie tylko kieliszeczkiem czegoś rozgrzewającego, bo zimy były wtedy srogie,  ale i kopertą – gościła.
Z biegiem lat i nabywanej wiedzy o świecie  - pytań przybywało. Skorośmy Słowianie – to czemu czcimy żydowskiego boga,  gdzie nasi bogowie, czy nasz Bóg – skoro inne ludy mają, czemu nasz jest obcy. . Gdzie nasza historia sprzed chrztu – skoro inne ludy mają długą tajemniczą przeszłość, dlaczego Słowianie jakby wcześniej nie istnieli. Albo w tę stronę: dlaczego, skoro ta nasza Chrystusowa wiara tak pełna miłości bliźniego – to wszędzie, gdzie się jej symbol i jej rycerze pojawiali – nieśli ze sobą śmierć, zniszczenie, walkę, zbrodnię, nienawiść i zniewolenie innych ludów – które nic do nas nie miały, wcale nie wiedziały o naszym istnieniu? Dlaczego nasze działania tak bardzo nacechowane są chciwością? Dlaczego te świątynie są tak okazałe, kapiące od złota, dlaczego ci kapłani tacy upasieni, skąd ta celebra w obcym języku, dlaczego w obcym języku? Co znaczą symbole w świątyni, na przykład ten dziwaczny świecznik…………? I tak dalej, pytań można postawić tysiące – gorzej z odpowiedziami – nie znajdywałem ich.

A jednocześnie – jeszcze jako dzieciak, jeżdżąc z rodzicami do znajomych, państwa Bieszczadów na wieś koło Strzegomia, albo Wójcików do Górzyńca za Piechowicami – za każdym razem jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w jeden obiekt. W zależności od pogody, był widoczny albo z Wrocławia (po kryjomu, bo był zakaz, właziłem czasem na dach domu by na niego patrzeć), czasem pojawiał się dopiero z drogi, bywało, że wcale nie był widoczny.
Na tej równinie płaskiej jak stół, ta góra przykuwała uwagę, robiła kolosalne wrażenie. To Ślęża, czasem zwana Sobótką, prastary słowiański ośrodek kultu religijnego, a dokładniej - co w świetle obecnych zmian klimatycznych szczególnie ważne – miejsce kultu solarnego. Jedno z miejsc, gdzie najpewniej wkrótce będą wznoszone znów masowe  modły do Słońca – przebłagalne i – bezskuteczne.

W miarę jak rosłem, wątpliwości rosły wraz ze mną, im więcej wiedziałem, tym bardziej czułem, że coraz więcej NIE WIEM. Że jestem, swego rodzaju ofiarą wypreparowanej wersji historii, wypreparowanej wersji religii. Że chodzę we mgle – podobnie jak z pojawiającym się i znikającym widokiem Ślęży  –  czasem wydaje się, że coś widzę, czasem  –  że nie widzę nic.

Sporo po Polsce podróżowałem, widziałem więc – niejako na drugiej szali wobec tej dziwacznej niby mojej a obcej i przepełnionej fałszem religii – piękno przyrody tam, gdzie  Polak-katolik jeszcze nie zdążył jej bezmyślnie zniszczyć. Widziałem i rozumiałem co widzę, co nie zawsze jest tożsame – monumentalne wielkie drzewa, czułem ich majestat. Miejsca dzikie, które mogłyby być od ręki świętymi gajami Słowian. Zacząłem łączyć te obserwacje i te wrażenia, konfrontując jednocześnie ze światem ludzi dziś żyjących, ich wierzeniami, świątyniami, (a)moralnością, przywiązaniem do wartości. Ta konfrontacja wyglądała i wypadała coraz gorzej dla rzeczywistości. Stosunek dzisiejszych Polaków do przyrody, tak świętej dla Słowian jest w mojej ocenie – dyskwalifikujący, haniebny.
Poznawałem inne religie i inne cywilizacje. Dostrzegałem ciągłość, kontynuację, czasem ewolucję – ale nigdzie i nigdy nie zobaczyłem tego, co było widoczne u mojego ludu, mojego plemienia. Jakby nigdy nie istnieli, a potem przyszli dobrzy chrześcijanie i ich uczłowieczyli. Jakby wcześniej byli małpami na drzewach. I znów pytanie: skoro tacy miłosierni, to czemu nie uczłowieczyli pozostałych małp? Tylko słowiańskie?
I co znaczą te półgębkiem w niektórych książkach przemycane wieści: o buntach pogan, o nawracaniu mieczem i ogniem, o torturach, o krucjatach na Słowiańszczyźnie, o Bałtach, o Prusach. O wyciętych w pień całych plemionach. O Bolesławie Wyklętym.

Wynikające z tych pytań następne: to kto właściwie jest tu u siebie, a kto jest okupantem, ludobójcą. Czy należę do tego ludu - zwanego pogardliwie POGANAMI - który został ujarzmiony – a jeżeli tak, to dlaczego pamięć o tym zdarzeniu nie jest przekazywana z pokolenia na pokolenie – jak w innych nacjach. Czy może należę do ludu okupantów i morderców – ale w takim razie dlaczego przejmuję się losem podbitych krzyżem, ogniem i oszczepem  Słowian – a w głębokiej ciemności mam los wszelkiej maści krzyżowców, niezależnie od tego, gdzie swe zbrodnie popełniali: na Słowianach, w Afryce, Bliskim Wschodzie, Indiach, Australii, obu Amerykach, PALESTYNIE, dopiero co w Iranie, wcześniej w Afryce Północnej… może coś pominąłem – ale to jedno – stemplowane krzyżem - pasmo zbrodni i zniszczenia – nie utożsamiam się z nim, budzi moje oburzenie i odrazę. Współczuję podbitym, nie oprawcom. Szczególnie parszywe było w tym obrazie to, że dokonawszy zniszczenia i zniewolenia, wmawiano tym pozostałym przy życiu nieszczęśnikom,  jako prawdę bezalternatywną, że oto dostąpili wielkiego szczęścia, że oto jakiś Chrystus ich wyzwolił, bo ich kocha…. Po czym kazano budować temu Chrystusowi – świątynie – i tyrać dożywotnio na jego kapłanów i ich fanaberie. Bo jak nie, to…. patrz SzczęśćBoże Braun.

Nie było jeszcze wtedy na świecie National Library of Biedra – więc musiałem korzystać z tych źródeł, jakie były. Zatrudniłem się w Bibliotece nie tak rozległej jak wyżej wymieniona, bo mieszczącej się w bodaj dwu, trzech (zależy jak liczyć) budynkach – czyli we wrocławskiej Bibliotece Uniwersyteckiej przy Szajnochy. Sam neogotycki fantazyjny budynek wprowadzał w odpowiedni nastrój, ale dopiero zagłębienie się w setkach regałów z ciemnego postarzonego o wiek drewna, a także zapach ponad miliona książek, powodował, że CHCIAŁO SIĘ SZUKAĆ. Chciało się czytać i czytać i przewalać często po omacku, bo książki były porządkowane jedynie wedle sygnatur, a część przeszła już przez introligatornię, więc była zunifikowana. Siedziałem, czytałem, zabierałem do domu, mieliśmy nieoficjalny dostęp również do tzw Cymeliów – a były to czasu komuny – korzystałem ile wlezie, szukałem swojej prawdy o świecie i Polsce. Znajdowałem więcej o świecie, o Polsce której szukałem nie za dużo.

Skracając, bo wyjdzie książka: docierało do mnie coraz więcej: mit Lechii, Lechistanu przewijający się przez przekazy turecko-islamskie… łajdacka rola Watykanu w różnych awanturach w jakie państwo Polskie było – wbrew własnym interesom - wkręcane – Władysław III, co położył łeb własny za zdradę i krzywoprzysięstwo, Jan Sobieski, co położył łeb Rzeczypospolitej za to samo… przebogata mitologia i demonologia Słowian, publikowane jeszcze za komuny różne książki zawierające historie ludowe, przekazy ustne, tchnące czystą, jakże miłą dla ucha w odróżnieniu od natrętnego katorerroru – słowiańską nutą. Wrażenie, jakbym powoli odnajdywał świat, w który chciałem wierzyć, ale go nie było. Ze strzępków okazywało się, że był coraz bardziej. Poddanie analizie różnego rodzaju święta chrześcijańskie – powodowało, że klapki z oczu spadały z wyraźnym już brzękiem, za to łeb stawał się coraz lżejszy. Literatura obcojęzyczna, klasyczna, jak Złota Gałąź Frazera, inne książki, których nie pamiętam. Obyczaje pogrzebowe. Jednocześnie wszystkie te elementy coraz bardziej współbrzmiały z obyczajami innych ludów, a coraz mniej z „rzekomą wiarą naszych ojców”.

Następował proces podobny do tego podczas chodzenia między regałami Biedry – każdy widzi to, do czego jest gotów. Najpierw tylko żarcie, potem gacie itd. Reszty nie widzi. Ale jeżeli jest gotowy, to idąc między regałami wiedzy, zaczyna przekaz dostrzegać wszędzie. Czyta z wiatru, z ludzkich spojrzeń, z zachowania zwierząt. Jest o krok od szamanizmu – a widząc gdzieś na filmie czy na starym zdjęciu szamana, pyta: dlaczego w moim świecie kapłani tak nie wyglądają i nie żyją tak skromnie?

I gdzieś na tej drodze pojawia się ni w kij ni w oko pisarz, historyk-amator, pasjonat – taki, który całe swoje życie poświęcił na poszukiwanie  swojej, a jednocześnie Naszej prawdy. Jego droga polegała szukaniu, ale przede wszystkim na  - pisaniu.
Ale też na przekazie słownym  - w internecie jest wiele wywiadów z Januszem Bieszkiem – wystarczy usiąść i spokojnie posłuchać – łatwiej jest słuchać niż czytać. Z takiego przekazu na żywo łatwo wywnioskować czy człowiek wierzy w to co mówi, czy manipuluje, kłamie. Jest coś jeszcze – jeżeli człowiek całe swoje życie podporządkowuje jednemu zagadnieniu – to albo jest wariatem – i to się słyszy w wypowiedziach – albo wie co mówi i warto go wysłuchać, nawet się nie zgadzając. Słuchanie, to jak zasianie ziarna. Martwe nie wzejdzie – ale może nie jest martwe – wtedy jesteśmy już o krok od zrozumienia CO widzimy i JAKI – wstrząsający -przekaz jest zawarty w – widoku na Giewont.

National Library of Biedra ma jedną, ale wielką zaletę – nie trzeba przedzierać się między setkami regałów – i nie trzeba jechać w Tatry. Wiedza jest tuż, na wyciągnięcie ręki, na regale między śrubokrętami – tylko trzeba po nią sięgnąć – i – nie odkładać pod byle pretekstem.

Na tym etapie drogi, gdzie obecnie jestem, mogę stwierdzić tak: im bardziej odkrywam Lechię, tym bardziej czuję przynależność z tamtym ludem, tym bardziej czuję, że odnalazłem korzenie. A Polakiem jestem – administracyjnie. Obecny stan, to w mojej opinii, nie narzucam jej – jak niedawno pisałem: zawstydzające upadłe nędzne resztki. Czy można z tych upadłych nędznych resztek odbudować obiekt dumy na miarę tamtego obrazu?

Nie wiem -  ale jeżeli się nie podejmie próby – samo się nie naprawi. Ja ze swej głowy zatrute żelazo – wyrwałem.

Dziękuję za uwagę

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura