– przed własnym podpisem
Na Lecha Pysznego a Próżnego nastały ciężkie czasy. Nie dość, że złe wilki szczypią go z każdej strony – a jeśli nie szczypią, to chociaż rechoczą szyderczo, z korony się naśmiewają, każą przez mur...motorówką – szacunku dla Wielkości i Mądrości za grosz nie okazując.
Jakby tego było mało, przyszedł nowy atak – z najmniej spodziewanej strony. Zdrajcą okazał się własny charakter – dokładniej własny charakter pisma.
Do Potomka Cezarów, Nauczyciela Prezydentów, Przyjaciela Królów dotarło, że oto jeżeli złoży jeszcze jeden podpis – to cała misterna, latami budowana i zdobiona ornamentami, z dnia na dzień, pójdzie się..... powiedzmy, że zwali się w pył i proch. Marny. Tyle pracy, tyle zachodu, tyle zapobiegliwości - a oto za chwilę źli ludzie podejdą z tyłu, ściągną portki – i Wielki Bufon zostanie wobec swego ludu sam – do tego z gołym zadkiem. I będzie musiał słuchać śmiechów, docinków, szyderstw, może ten i ów sięgnie po jajko...
Więc Lech Pyszny a Próżny postanowił pójść w zaparte. Nie dam podpisu i już. Żywcem podpisu nie wejdziecie. Żaden (przypadkowy) podpis nie może zniszczyć Legendy.
Muszę przyznać, że czekałem na ostateczne wyjaśnienie sprawy współpracy Lecha Wałęsy – nie żebym miał wątpliwości. I bez podpisu i badania grafologa rzecz jest przesądzona, żadna obrona nie ma sensu. Ściślej: żadna obrona z wyjątkiem obrony tych, których Lech Zdemaskowany może pociągnąć za sobą. Przecież za tym pierwszym Autorytetem Mniemanym jest ukryta cała rzesza innych pomniejszych Autorytetów Mniemanych. W telewizji, zwłaszcza tej malowanej na niebiesko, te autorytety przewijają się nieustannie wręcz przekrzykując się w zaklinaniu rzeczywistości. To są oczywiście ludzie skupieni wokół Okrągłego Stołu, a także ich doradcy, współpracownicy, tzw ówczesna „opozycja demokratyczna”, jak już dziś wiemy, wystrugana przez generałów zgodnie z zewnętrznym zapotrzebowaniem na potrzeby bieżącej wówczas geopolityki.
Oni wszyscy zrobią wszystko, by Lech przetrwał, by upadając nie pociągnął ich wszystkich. To ta perspektywa, a nie uznanie, czy szacunek zawarta była (moim zdaniem) w sławnych słowach Adama Michnika o generale Kiszczaku jako „człowieku honoru”. Uważam, że to nie były wyrazy uznania – tylko prośba. Błaganie.
Generale, na litość Boską, bądź człowiekiem honoru, nie mów tego, co wiesz o nas – i naszych mocodawcach – bo jak się dowiedzą, to nas rozszarpią” - myślę, że takie było znaczenie tych zaklęć.
Teraz to, co jeszcze zostało, wisi na jednym podpisie Lecha Wałęsy. Dlatego nie będzie badania grafologicznego.
A co ma zrobić Lech Pyszny a Próżny? Trudne pytanie – ale myślę, że mógłby spróbować jeszcze jednego.
Uciec w analfabetyzm – ogłosić światu, że nie mógł niczego nikomu podpisać – bo nie umie i nigdy nie umiał. Ani czytać, ani pisać.
I wiecie, Państwo co? - założę się, że znajdzie się cała rzesza autorytetów, które ochoczo to potwierdzą


Komentarze
Pokaż komentarze (8)