Na ekrany naszych kin wchodzi właśnie film akcji „Killer elite”. Obraz nie byłby pewnie szczególnie wart odnotowania, gdyby jednej z głównych ról nie grał legendarny aktor, który zmienił oblicze kina. Robert De Niro był przez lata jego ikoną i niekwestionowanym mistrzem w swoim fachu. Niestety nowa rola dwukrotnego zdobywcy Oscara jest kolejną, która przyczynia się do upadku legendy mistrza. Gdzie podział się Travis Bickle z „Taksówkarza” i Jake La Motta ze „Wściekłego byka”?
Młodsi widzowie słysząc nazwisko De Niro, mają przed oczami wrednego ojca z serii „Poznaj mojego tatę”, który wygłupia się obok Bena Stillera, który jest największym idolem pop-cornowego pokolenia. Jednak każdy szanujący się kinoman, mówiąc De Niro, będzie widział arcydzieła Martina Scorsese, Francisa Forda Coppoli czy Briana De Palmy. De Niro wjechał do świata filmu niczym taran, eliminując ze swojej drogi starą gwardię aktorów, którzy w poprawny sposób rozkochiwali w sobie publiczność lat 50. De Niro obok takich aktorów jak Jack Nicholson, Warren Beatty, Dustin Hoffman, Gene Hackman, Al. Pacino, Robert Duvall, Harvey Keitel czy Robert Redford w ciągu zaledwie kilku lat zupełnie odmienił twarz fabryki snów, grając na początku poza głównym nurtem kina produkowanego w wielkich wytwórniach.
Wymienieni aktorzy szokowali publiczność skrajnie naturalnym odgrywaniem swoich postaci. Wszyscy uczyli się w słynnym nowojorskim Actors Studio metody Stanisławskiego, która polegała na maksymalnym wczuwaniu się w rolę. Od razu widzowie zobaczyli zderzenie dwóch światów. Już nikt nie chciał patrzeć na klasyczne aktorstwo Cagneya, Stewarda czy Fondy. Należy oczywiście zaznaczyć, że drogę nowej fali utorowali tacy artyści jak Marlon Brando czy przedwcześnie zmarły James Dean. Jednak ich pojawienie się na srebrnym ekranie wydaje się być tylko momentem przejściowym. Dziś aktorstwo Deana wydaje się nieco anachroniczne, po prostu się zestarzało. Natomiast szalejący w „Ulicach nędzy” De Niro nawet 40 lat po premierze robi piorunujące wrażenie. Niestety przez takie gnioty jak „Showtime” czy „Godsend” wielkie kreacje De Niro odchodzą do lamusa.
Kameleon z lewicowego domu
Robert De Niro wyrastał wśród nowojorskiej bohemy. Jego ojciec był cenionym przez tamtejszą artystyczną śmietankę malarzem. Libertyńskim klimatem domu De Niro tłumaczy jego dzisiejsze polityczne angażowanie się po stronie Baracka Obamy. Matka aktora była członkinią trockistowskiej Młodzieży Socjalistycznej. Do najbliższych przyjaciół domu należeli tacy ludzie jak: Anaēs Nin, Henry Miller, Tennessee Williams. Ojciec aktora był również biseksualistą, który romansował ze swoimi przyjaciółmi ze światka artystycznego. Jego kariera zaczęła blednąć w latach 70. wraz z rozkwitem kariery syna. Po premierze pierwszej części gangsterskiej trylogii Martina Scorsese „Ulice nędzy” krytycy oszaleli na punkcie młodego aktora. De Niro nie grał drobnego cwaniaczka w Malej Italii, który nie boi się nawet mafii włoskiej. On się w niego dosłownie przeobraził. I to się stało jego znakiem rozpoznawczym. „Nieważne, jak blisko będziemy się przyglądać postaci granej przez Bobbiego. Nigdy nie pojawi się Bobby” – mówiła o aktorstwie De Niro Meryl Streep. W następnych filmach aktor dowiódł słuszności słów wielkiej aktorki. „Jedną z zalet aktorstwa jest możliwość przeżywania cudzego życia bez płacenia ceny za nie” – mówił w jednym z nielicznych wywiadów. De Niro starał się o rolę Sonny’ego Corleone w „Ojcu chrzestnym”. Roli nie dostał z powodu swojego…geniuszu! Francis Ford Coppola po latach przyznał, że Bobby był tak dobry, że mógł przyćmić głównych aktorów i tym samym paradoksalnie zepsuć film, przenosząc jego ciężkość na drugoplanową postać. Reżyser zwrócił jednak uwagę na aktora i obsadził go w roli młodego Vito Corleone w drugiej części arcydzieła. Po tej roli aktor otrzymał swojego pierwszego Oscara.
Przygotowując się do niej, wyjechał na Sycylię i zamieszkał w Corleone, gdzie nauczył się akcentu. Podobną metodę stosował w następnych rolach. Zanim stworzył piorunującą kreację Travisa Bickla w „Taksówkarzu”, zatrudnił się jako taksówkarz w nowojorskiej korporacji i jeździł nocą po niebezpiecznych slumsach bez żadnej ochrony. Przed zagraniem Jake’a La Motty stał się niezłym bokserem, zamieniając swoje ciało w posąg, by w ciągu czterech miesięcy przytyć ponad 30 kg, gdy grał sportowca w jego latach upadku. Dokładnie to samo zrobił, wcielając się w Ala Capone. Odbył kulinarne tournée po Francji i Italii, by przytyć 20 kg. Był tak otyły, że własne dzieci wstydziły się, gdy odwoził je do szkoły. Natomiast przed rolą psychopatycznego mordercy z „Przylądku Strachu” codziennie przed zdjęciami ćwiczył 3 godziny na siłowni, by jego ciało było jak „ze skały”. Gdy artysta pojawił się w fabryce snów, Marlon Brando, do którego go bez przerwy porównywano, powiedział: „De Niro? Ten chłopak nosi moje zeszłoroczne garnitury!”. Jednak „ten chłopak” przyćmił legendę nieokiełznanego i autodestrukcyjnego Brando. W 1997 r., gdy zagrali w końcu razem w filmie „Rozgrywka”, Brando zgodził się wystąpić pod waruniem, że sceny z jego udziałem będzie reżyserował De Niro.
Od Scorsese po…
Największe role De Niro stworzył w 8 filmach Martina Scorsese. Nieważne, czy był to Rupert Pupkin z „Króla komedii”, czy Sam Rothstein z „Kasyna”, każdy z filmów był mniejszym bądź większym arcydziełem. Los obu wielkich filmowców był nierozłączny. De Niro rozpoczął swoją błyskotliwą karierę od jego „Ulic nędzy” i potwierdził ją w „Taksówkarzu”, „Wściekłym Byku”, „Przylądku Strachu” i „Chłopcach z ferajny”. Ostatni wspólny film włosko-amerykańskich twórców, „Kasyno”, był w gruncie rzeczy również ostatnią wielką rolą De Niro. Nie można zapominać, że później były jeszcze genialne epizody w „Jackie Brown” Tarantino, porządne „Wielkie Nadzieje” czy bardzo dobra rola sparaliżowanego policjanta we „Flawless”. Elżbieta Ciapara w miesięczniku „Film” postawiła tezę, że w pewnym momencie nawet Scorsese odwrócił się od De Niro i zaczął seryjnie obsadzać w swoich produkcjach młodszego aktora włoskiego pochodzenia – Leonarda Di Caprio. Nie jest to do końca prawda. Scorsese proponował swojemu przyjacielowi rolę w filmie „Gangi Nowego Jorku”. Obraz miał być wielkim spotkaniem dwóch ulubionych aktorów reżysera (choć De Niro i Di Caprio zagrali razem we wstrząsającym „Chłopięcym świecie” i przeciętnym „Pokoju Marvina”). Zdobywca dwóch Oscarów rolę odrzucił, tłumacząc, że jest zbyt męcząca. Zagrał ją w końcu fenomenalnie Daniel Day Lewis. W moim przekonaniu ten właśnie moment 10 lat temu był przełomowy dla aktora i rozpoczął jazdę w dół legendy kina.
…po Eddiego Murphy
Na początku tego wieku De Niro niespodziewanie pojawił się w dwóch komediach – „Depresji gangstera” i „Poznaj mojego tatę”. Aktor wcześniej zagrał w jednej komedii – „Ucieczka przed północą”. Dlatego jego wybór był dla krytyków zaskakujący. Filmy okazały się jednak wielkimi sukcesami. W „Depresji…” aktor sparodiował swoje role z gangsterskiej trylogii Scorsese. W „Poznaj mojego tatę” w zabawny sposób stworzył postać typowego teścia, który toczy wojnę ze swoim przyszłym zięciem. Krytycy podkreślali, że nawet w tych lekkich filmach aktor pokazał wielką klasę. Jednak szybko opinie krytyków odwróciły się o 180 stopni. „W swojej karierze osiągnąłem już wszystko. Teraz chcę lżejszego repertuaru” – powiedział w jednym z wywiadów. Po sukcesie dwóch komedii De Niro zaczął parodiować sam siebie i pojawiał się w takich „perełkach” jak „Rocky i łoś super-ktoś”, idiotycznym „Showtime” z Eddiem Murphy, „Gwiezdnym pyle” i coraz gorszych sequelach „Poznaj moich rodziców” i „Poznaj naszą rodzinkę” oraz drugiej części „Depresji gangstera”. Krytycy zaczęli zauważać, że De Niro ogranicza swoje role do „robienia trzech min”. Coś w tym określeniu jest. De Niro zaczął zarabiać ogromne pieniądze, produkując również własne kasowe filmy. Jednak w niektórych wywiadach sam zaczął się odcinać w pewnym stopniu od swoich ról, puszczając oko do widzów. „Niektórzy mówią, że dramat jest prosty, a komedia trudna. Nieprawda. Robiłem komedie przez ostatnich parę lat i było fajnie. Kiedy robisz dramat, tłuczesz kolesia na śmierć młotkiem przez cały dzień, czy co tam masz do zrobienia. Albo musisz odgryźć komuś kawał twarzy. Natomiast jeśli robisz komedię, to drzesz się na Billy'ego Crystala przez godzinę i idziesz do domu” – mówił dosyć gorzko. Gdy w tym roku aktor odbierał Złotego Globa za całokształt twórczości, powiedział zgryźliwie, że cieszy się, iż dano mu nagrodę, zanim obejrzano „Poznaj moją rodzinkę”. Znamienne słowa.
Na ratunek – Scorsese?
Bez wątpia dzisiejsze czasy nie są łatwe dla wielkich aktorów, którzy z ikon kina stali się podstarzałymi panami. Część krytyków filmowych tłumaczy, że trudno się dziwić De Niro, skoro kino coraz mniej potrzebuje wielkich aktorów, stawiając na prostą rozrywkę w 3D. Nie wszyscy jednak poszli drogą aktora. Dustin Hoffman pojawia się na ekranie rzadko, ale tworzy smakowite epizody („Pachnidło”, „Hawana. Miasto utracone”), Al Pacino tworzy wybitne kreacje w telewizji, zastępującej powoli wielkie i zaangażowane kino lat 70., które zniszczył Lucas ze Spielbergiem, Nicholson robi komedie, ale nie tak głupie jak De Niro, a Duvall z Keitelem wyżywają się w kinie artystycznym, zarabiając czasami w kinie rozrywkowym. Wszyscy co jakiś czas przypominają o swoim wielkim talencie. Niestety De Niro wpadł w dramatyczną pułapkę. W ostatniej dekadzie zagrał w kilku filmach, które powinny teoretycznie odnieść sukces. Jednak ani w przeciętnym „Wszyscy mają się dobrze”, gdzie zagrał ojca, który próbuje uratować swoje żyjące w złudzeniach dzieci, ani w zaskakująco kiepskim „Stone”, gdzie wcielił się w rolę psychologa więziennego uwikłanego w romans z żoną więźnia, nie przywróciły pozycji aktorowi. Spektakularnym kolapsem okazał się również film „Zawodowcy”, w którym De Niro zagrał u boku Ala Pacino. Jedynie w wyreżyserowanym przez siebie przyciężkawym „Dobrym agencie” aktor błysnął epizodyczną rólką.
Pod koniec zeszłego roku media obiegła informacja, że Martin Scorsese pracuje nad kolejnym gangsterskim obrazem „The Irishman”. Jedną z ról, obok Pacino, ma zagrać Robert De Niro. Jest to dobra wiadomość nie tylko dla kinomanów, ale i dla samego mistrza. Dziś chyba nikt już nie może uratować legendy De Niro oprócz twórcy filmów, gdzie ten stworzył największe role. Czy będzie to nowe otwarcie w życiu prawie 70-letniego aktora? Dlaczego nie. Clint Eastwood do tej pory błyszczy na ekranie.
Łukasz Adamski



Komentarze
Pokaż komentarze (3)