W Dzienniku osławiona dyskusja pt.: "czy Polska jest sexy?". Dyskutowanie na ten konkretny temat z ludźmi typu Kuczok, Gretkowska, czy ostatnio bardzo sensowny Stasiuk, mija się z celem. Dlaczego? Dlatego ze to raczej temat dla psychologa, a nie socjologa.
Zdecydowanie sensowniejsza wydaje się dyskusja pt. "co jest nie tak z wypowiadającymi się "intelektualistami"" niż "co jest nie tak ze społeczeństwem".
Ok, To co jest z nimi "nie-halo"? Co jest nie tak z tymi mocarzami umysłu, prometeuszami światłości, buntownikami przeciw skołtunionemu społeczeństwu?
Odpowiedź jest prosta i znają ją wszyscy: ich problemem jest snobizm. Jak się bliżej przyjrzeć temu co głoszą, to widać wyraźnie, że cała ich samoocena opiera się na wbudowanej od młodego wieku pogardzie dla "plebsu", pogardzie dla ich wstrętnych katolickich obrzędów i gusł, wstrętnego prymitywizmu, wstrętnego braku zrozumienia dla "innych", wstrętnego gustu itd.
Każdy z nas pamięta jak zaczyna się ta choroba snobizmu. Bo to jest choroba. Choroba pogardy dla innych ludzi. Każdy pamięta to miłe połechtanie ego, kiedy z pogardą patrzy się na "grzecznych niczego nie rozumiejących" kolegów z ławki. Pamiętamy to wspaniałe uczucie ze nie jest się związanym żadnymi zasadami, oprócz tych które sam sobie wymyślimy. Ta pogardę dla ludzi-robotów siadających przed tv po dniu pracy, a w niedziele, o zgrozo, idących do kościoła.
Tylko że mieliśmy wtedy po 15-18 lat, a minęło przecież sporo czasu. Czasu który można było wykorzystać na małe uzupełnienie "światopoglądu".
Cóż, niektórzy podejmują wysiłek pomyślenia i zmierzenia się z własną "zwykłością" i z tej strasznej choroby pogardy wyrastają. A niektórzy nie, bo to przecież takie przyjemne i wygodne.



Komentarze
Pokaż komentarze (49)