Miły nam Andrzej Sz.skomentował półprywatnie (bo na pewnej liście dyskusyjnej na której wspólnie przebywamy) nasz ostatni wpis na blogu, a w zasadzie jego tytuł. Andrzej, którego zresztą relacja podróżnicza bardzo nam się spodobała, napisał:
Ja tylko pamietam, ze zamek Chambord pojawil sie w ksiazce pod tytulem
"Pan Samochodzik i Fantomas".
Nie czytałem "Pana Samochodzika i Fantomasa", zresztą ku mojemu znacznie
późniejszemu zdziwieniu autor okazał się być komuchem i degeneratem
moralnym, wiec mam jedną książkę mniej do wpisania w oświadczenie
lustracyjne dla wykształciuchów (które PiS wprowadzi po zwycięskich wyborach
2009, co wysoko prawdopodobne - na życzenie mogę uzasadnić). Z "panów
samochodzików" to widziałem tylko kultowy film z Mikulskim, który wydawał mi
się wówczas aktorem na miarę krzyżówki Jamesa Deana z Gustawem Holoubkiem.
Co do samego zamku Chambord, to jest tam parę tropów polskich, jeden
polskawy i kilka zupełnie obcych, ale ciekawych. Poza tym tropy polskie
licznie zostawiają wycieczki rodactwa. Podobno "Zamki nad Loara" to druga co
do popularności po Rzymie "destynacja" (mówiąc językiem biur podróży)
polskich grup autokarowych. Swoja droga, nie wiem dlaczego tak sie dzieje,
ale spotkanie rodaka na obczyźnie to dla przeciętnego Polaka wydarzenie
równie traumatyczne, co wdepniecie w gówno. Przykład: w pewnej piwniczce w
Chablis oddawaliśmy się degustacji i krytycznej dyskusji na tematy
enologiczne, gdy na schodkach usłyszeliśmy parę słów po polsku - nie było to
dla nas zaskoczeniem, bo na hotelowym parkingu widzieliśmy wcześniej
samochód na polskiej rejestracji. Wchodzą państwo w wieku troszkę starszym
od naszego, my donośnie "dzień dobry!", państwo coś tam odburknęło pod
nosem, popatrzyło się krzywo i demonstracyjnie odwróciło się strona zadnia.
W podobnych sytuacjach amerykanie się cieszą, poklepują po plecach i
umawiają na wspólną kolację. Nie żebym tęsknił za takim ekstremum, ale jakiś
small-talk dwuminutowy byłby chyba a propos.
No ale dobrze, wracamy do Chambord. Polskim mieszkańcem zamku byl Stanisław
Leszczyński zanim go teść, Ludwik XV, "nasadził" na Lotaryngię. Stanislas
(jak go piszą Francuzi) nie czuł się w Chambord dobrze, narzekał na
przeciągi, nie lubił kominków (kazał zainstalować piec kaflowy). Zresztą
słusznie miał awersję do kominków: za trzydzieści kilka lat (bo to najdłużej
żyjący król polski był) w Lunéville zasnął przy kominku, od jakiejś szczapy
zajęły mu się szaty i staruszek poparzył się na śmierć. W innej wersji -
obudził się i podszedł do kominka się odlać, ze skutkiem opisanym wyżej.
Ludwik XV był również długowieczny, za to jego syn, Ludwik Bez Numeru (bo
zmarł zanim został królem) wręcz przeciwnie: był za to, co zdarza się rzadko
w historii, ojcem trzech monarchów - Ludwika XVI, Ludwika XVIII i Karola X
(z którym zaprzyjaźniliśmy się przy okazji "Il viaggio a Reims" Rossiniego).
Karol X abdykował (przy okazji rewolucji lipcowej) na rzecz swojego wnuka
(zwanego Dieudonne, bo urodził sie osiem miesięcy po śmierci swojego ojca).
Wnuk, mimo że technicznie królował siedem dni (dziesięciolatkiem będąc) realne
szanse na tron uzyskał dopiero w 1872, po przegranej wojnie francusko -
pruskiej, będąc wtedy lokatorem zamku i właścicielem tytułu Comte de
Chambord. Większość Zgromadzenia Narodowego była promonarchistyczna, o
jakichkolwiek Napoleonidach mowy być nie mogło, a Comte de Chambord miał
lepsze pochodzenie niż linie orleańska i hiszpańska Burbonów.
Wszystko juz było prawie gotowe, nawet kareta do triumfalnego wjazdu do
Paryża, ale rozbiło się o flagę. Comte de Chambord napisał do Zgromadzenia
Narodowego, ze owszem, pokrólować może, ale wyłącznie pod lilią Burbonów na
białym tle. Zaczem Zgromadzenie Narodowe odpisało grzecznie, ze bardzo sie
cieszy, ale flaga Francji pozostanie tricolor, a Henryk V (bo takie imię i
taki numer mial przybrać nowy monarcha) może sobie używać lilii Burbonów ile
wlezie, ale prywatnie. Na co Comte de Chambord pozdrowił Zgromadzenie
Narodowe serdecznie wyciągniętym środkowym palcem. Zaczem Zgromadzenie
Narodowe odpisało grzecznie, że jest pod wrażeniem i lilia Burbonów jest
symbolem bardzo a propos i nadaje sie jak najbardziej na flagę, ale tłem
stosownym dla lilii byłby tricolor, a nie biały. Na co Comte de Chambord
pozdrowił Zgromadzenie Narodowe (i naród) ręką zgiętą w łokciu i oddalił sie
na emigracje. Zaczem zmarł bezpotomnie i prawa do tronu przeszły na linie ę
orleańska Burbonów, ale w międzyczasie Francuzi posmakowali republiki
Thiersa i spodobało im sie. Gdyby Comte de Chambord miał w sobie tyle
determinacji w dążeniu do zdobycia i utrzymania władzy, co Jarosław
Kaczyński, to Francja do dziś byłaby monarchią (a znając zamiłowanie
Francuzów do pompy i celebry zmiany warty w Wersalu byłyby bardziej
spektakularne niż te pod pałacem Buckingham). I odwrotnie, gdyby Kaczyński
miał w sobie naiwny idealizm Chamborda (i, na przykład, Marka Jurka) to dziś
Polska rządziły by trzy partie, ale zupełnie inne (koalicja PO z PSL i LiD).
Paryż wart był mszy, a czy wizja Polski "większej Kaczki" warta jest
koalicji z kryminalistami i pogrobowcami najgorszej tradycji endeckiej to juz
historia osadzi (choć, moim zdaniem, wpierw to powinni na szczurach
spróbować zanim sie za ludzi zabrali).
Innym jeszcze lokatorem Chambord, pomiędzy Stanislasem a jego stryjecznym
praprawnukiem, był niejaki Marechal de Saxe. Maurycy, bo tak mu na chrzcie
dano, był jednym z kilkuset nieślubnych (dawniej mawiano naturalnych) dzieci
Augusta II Mocnego. Maurycy byl za to jednym z niewielu oficjalnie uznanych
bękartów królewskich: ojciec przewidział dla syna karierę wojskową, w której
zresztą Maurycy wykazywał się niezwykłymi przymiotami ducha i charakteru,
dość powiedzieć, że w wieku 24 lat dowodził już regimentem (i to zupełnie
nie z powodu swojego pochodzenia).Maurycy zresztą był nieodrodnym synem
swojego ojca, chętnie replikował wszystkie sztuczki łącznie z gięciem
podków, przeciąganiem zaprzęgu końskiego i wyciąganiem gwoździ z desek.
Charakter miał porywczy lecz stanowczy a zamiłowanie do życia i jego uciech
iście wettinowskie. Cezurą życiorysu Maurycego jest wyjazd do Paryża, pod
pretekstem uzupełnienia wykształcenia. Ciągnie wilka do lasu, Maurycy
zaciąga się do armii francuskiej, gdzie zapisują go od razu w stopniu
generalskim. Maurycy odznacza sie męstwem, odwaga i zmysłem strategicznym,
gromi kogo chce i jak chce, aż w końcu Ludwik XV nadaje mu tytuł marszałka
Francji i skromny zamek (Chambord) do mieszkania. Tutaj trzeba jeszcze
napisać koniecznie o drobnej idei fixe, która owładnęła Maurycego i władała
nim do końca życia - otóż marzył sie Maurycemu jakiś tron, albo chociaż
tronik. Kwitów na schedę po tatusiu nie miał mocnych (choć, zapewne, lepiej
byśmy na nim wyszli niż na Auguście III), wiec wymyślił sobie, nie wiedzieć
czemu, Księstwo Kurlandii. I rzecz była nawet w zasięgu możliwości, księstwo
bylo do wzięcia, ale w ofercie łączonej z ręką owdowiałej księżnej. Maurycy
pryncypialnie (znów ten idealizm!) odparł, że księstwo owszem, jak
najbardziej, ale wesoła wdówka wcale nie. Potem pewno trochę żałował, gdy po
kilku latach księżna (Anna Iwanowa) odziedziczyła znienacka tron Romanowów.
Maurycy jeszcze potem jeździł do Petersburga coś negocjować z carycą, ale
przecież z odtrąconą kobietą rozmawia się źle i zazwyczaj bez dobrych
skutków.
Maurycy spłodził trochę nieślubnych dzieci, w tym córkę, Marie Aurorę de
Saxe. Jej wnuczką, z kolei, była pisarka George Sand. I to ten polskawy trop
w historii zamku Chambord.
Serdeczności wszelakie,
Babilas



Komentarze
Pokaż komentarze (1)