babilasy babilasy
246
BLOG

Multimitologia

babilasy babilasy Kultura Obserwuj notkę 9
Dużo się ostatnio pisze i mówi o religii. Wydano właśnie tłumaczenie The God Delusion Richarda Dawkinsa, a całkiem w tych dniach polski sąd skazał na karę więzienia w zawieszeniu internautę, który obrazkowi z Jezusem doprawił głowę Stalina. Dawkins – i inni, np świetny humorystyczny amerykański program popularnonaukowy Bullshit) – dowodzą, że religia jest stekiem bzdur, opium dla ludu i obrazą człowieka myślącego. Temu rozumowaniu nie da się zasadniczo nic zarzucić: świata nie stworzono w tydzień, nie ma on też sześciu tysięcy lat. Nie było żadnego ogólnoświatowego potopu, a i wody w wino mimo najlepszych chęci nie uda się zamienić bez pomocy soku z winogron, drożdży i czasu. To wszystko prawda: astronomiczna, chemiczna, fizyczna, biologiczna prawda. W czym więc problem? W tym, że Dawkins, panowie Penn i Teller (oraz Daniel Dennett, Sam Harris i inni) starają się usilnie zastosować do opisu zjawisk religijnych kryteria nauk ścisłych. I właśnie z tym podejściem nie jestem w stanie sie zgodzić.
Pytanie „Czy Bóg istnieje?” nie ma sensu, a raczej jest tak strasznie nieprecyzyjne, że nie sposób udzielić na nie jakiejkolwiek odpowiedzi. Nie tylko dlatego, że nie wiadomo czym lub kim miałby być ów Bóg, ale przede wszystkim należałoby zdefiniować pojęcie „istnieje”.
Religia – od łacińskiego „religare” – odnosi się do „odnowienia łączności” pomiędzy człowiekiem a sferą sacrum. Zjawisko to jest tak stare, jak ludzkość. Istnienie więc religii jako zjawiska społecznego jest niezaprzeczalne, oparte o dowody archeologiczne i liczne źródła pisane. Jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie o pozytywne bądź negatywne skutki funkcjonowania wielkich religii zinstytucjonalizowanych, moje zdanie zbliża się do zdania Dawkinsa. Kwestią znacznie ciekawszą – i, w mojej opinii, wciąż otwartą – jest właśnie problem sposobów istnienia sfery sacrum.
Wiara określana jest często słowem „łaska”. Wynikać z tego może, że pewien zakres przeżyć nie jest dostępny dla wszystkich. W warunkach europejskich – bo spodziewam się, że u dalekowschodnich joginów i ascetów rzecz może wyglądać nieco inaczej – mimo powszechności powierzchownych objawów religii, łaski wiary dostępuje się w drodze specjalnego wyjątku. Z tym akurat poglądem jest mi się dość łatwo zgodzić. Powiem więcej, uważam, że wiara pojmowana jako przeżycie mistyczne jest nie niczym mniej tylko jakimś ostatecznym uwiedzeniem – przeżyciem totalnym, transcendencją (a więc czymś „spoza” człowieka, a jednak przenikającym go na wskroś przez wszystkie poziomy jestestwa).
To jest coś, co wielokrotnie próbowano opisać (celowali w tym zwłaszcza hiszpańscy mistycy) nie bez pewnych sukcesów (np tytułów Doktorów Kościoła), ale chyba wciąż z nikłym skutkiem komunikatywnym. Jest to taki rodzaj doświadczenia, o którym – jak to ujął Jan od Krzyża – „można tylko milczeć”. Ciekawych zapraszam do Rzymu, gdzie w kościele Santa Maria della Vittoria słynna rzeźba św Teresy dłuta Berniniego daje pewne pojęcie, o co chodzi. Rozmowa czy to „istnieje” nie ma sensu: „Oczywiście, istnieje” – „Oczywiście, nie istnieje”. Te odpowiedzi są równoznaczne. Istnienie „tak wielkie, że potrafi nie być”, a jednocześnie nicość całkowita jak najsłodsza trucizna, noche oscura del alma. Stosując kryteria nauk ścisłych to „istnienie” jest zapewne całkowicie wewnątrz umysłowe. Stosując kryteria humanistyki, to jest „possession” – coś, co nawet mężczyznę redukuje do żeńskich form fleksyjnych (znowu Jan od Krzyża szukający słów na opisanie własnych doświadczeń), świadomość w stanie poddania, przekroczenie granicy. Wobec czegoś takiego można jedynie z pokorą, przerażeniem i najwyższym zachwytem powiedzieć „niech mi się stanie”. Ten spór pozostanie chyba na zawsze nierozstrzygnięty – ten kto Wie, temu nie trzeba tłumaczyć; kto Nie Wie, temu i tomy tłumaczeń nie pomogą.
Moja, odrobinę niechętna, wypowiedź nie dotyczy zresztą jedynie istnienia bądź nie transcendencji. Chodzi mi o butę wyznawców konkretnej religii wobec wszystkich innych. O awanturę o karykatury Mahometa, o finał bluźnierczego rysuneczku na sali sądowej, o sprawę Doroty Nieznalskiej itp. Ja wiem, że zamach – bezmyślny, złośliwy, buntowniczy czy jakikolwiek – na czyjeś osobiste sacrum boli. Że obraża, oburza, trzęsie i doprowadza do łez ze złości. Ale nie można nic na to poradzić. Można nie przyjąć tego do wiadomości, wyrzucić z pamięci, namalować sobie „poprawny” obrazek, wzruszyć ramionami i powiedzieć „co ty tam wiesz, profanie”. Nie można natomiast zabijać, szykanować, uwięzić wyrokiem sądu. Na szczęście, cokolwiek sobie wyobrazimy – mit się obroni. Właśnie dlatego, że jest mitem. Można go zabić, a powstanie; można go unurzać w świństwie, a oczyści się. Gdyby każdy mit miał zasługiwać na szczególną ochronę, to należałoby wyłączyć z publicznej dyskusji całą humanistykę – filologię, historię, historię sztuki. Bo tam wszystko jest, lub może być, sacrum.
Religie instytucjonalne nie mają żadnego monopolu na świętość. Są to, moim zdaniem, tylko te z wielu dostępnych systemów mitologicznych, które odniosły największy sukces komercyjny. Ilość wyznawców nie dodaje mocy argumentom o „prawdziwości” wierzeń. Ilość literatury, sztuki, interpretacji stanowi jakiś trop, ale nie prowadzi daleko. Religie pierwotne, kult Wielkiej Bogini Matki, klasyczne mitologie Śródziemnomorza, mity prekolumbijskie, aż do wielkich współczesnych religii światowych: judaizmu, chrześcijaństwa, islamu; nie zapominając przy tym o całej mnogości religijnych wierzeń Azji, od buddyzmu i hinduizmu po shinto – z punktu widzenia humanistyki są to równoznaczne systemy mitologiczne. Do czasów Oświecenia jedyne takie systemy – choć przecież już wtedy bardzo liczne. Osiemnastowiecznym źródłem oświecenia był powrót do klasycznego antyku.
Jako wiktorianistka pójdę – bardzo ostrożnie – jeszcze krok dalej. W dziewiętnastym wieku zaczyna się niespotykana wcześniej ekspansja mitów. Odrodzenie mitologii rodzimych (nordyckiej, celtyckiej, germańskiej), połączone z bezprecedensowym wyniesieniem do rangi mitu literatury i sztuki. O czymś takim pisał Matthew Arnold: w świecie stechnicyzowanym i zurbanizowanym, w zaciskających się kleszczach technologii i racjonalizmu, mity wystrzelają jak fajerwerki. Metoda naukowa przejmuje władzę nad światem nauk ścisłych, ale – może nieco na przekór - nie znaczy to, że wielkie mitologie odchodzą niepamięć.
Wręcz przeciwnie, rozwój „gotyku wiktoriańskiego” w literaturze i sztuce – a konkretnie pięciu następujących po sobie przez całe stulecie gotyków wiktoriańskich od fantastycznego średniowiecza typu Ann Radcliffe, przez Wichrowe Wzgórza (mit psychologiczny i klasyczny genius loci), Frankensteina (mit naukowy), Draculę (znów historyczna fantastyka, ale bardziej osadzona psychologicznie i z wątkami imperialnymi), aż do Conan Doyla (miasto jako przestrzeń mityczna, psychologia zbrodni już bez elementów fantastycznych), i to nie tylko w Anglii – to jest supernowa. Najprawdziwsze w świecie mity. Osadzone bardzo pewnie w całej dotychczasowej mitosferze, ale – po raz pierwszy od tysięcy lat – nowe! Całe światy z pogranicza historii, literatury, sztuki, mitologii – jak na przykład reaktywowani w nowej formie germańscy Nibelungowie Richarda Wagnera. To jest dusza dziewiętnastego wieku.
W wieku dwudziestym to się tylko dalej rozwija. Mity wiktoriańskie mają się dziś lepiej niż kiedykolwiek, okrzepły trochę, ustały się przez te małe sto lat, a ilość ich dwudziestowiecznych interpretacji może przyprawić o ból głowy. Ponadto, wiek dwudziesty – dzięki podobnemu mechanizmowi jak stulecie wcześniej – stworzył własne mity. Niby stare, ale zupełnie nowe, pojawiające się niemal dosłownie na naszych oczach. Cała dziedzina fantastyki jest głęboko mitologiczna, od Tolkiena, przez Gwiezdne Wojny aż po Harrego Pottera. To są bardzo świeże mity i właściwie trudno przewidzieć co się z nimi dalej stanie. Ale osobiście mam wrażenie, że czas będzie działał wyłacznie na ich korzyść. Bo już dzisiaj zaczynają stanowić realną konkurencję dla oficjalnych religii.
Czy więc twierdzę, że mitologie dziewiętnasto- i dwudziestowieczne są równoważne pod względem swojej „prawdziwości” z bogami olimpijskimi, a nawet – horribile dictu – z chrześcijaństwem? Głęboki wdech... Tak, tak właśnie twierdzę. Uważam, że potencjał jest dokładnie ten sam, a różnice tkwią w szczegółach realizacji. Po pierwsze, mitologie starsze są zwykle bardziej rozbudowane, no i oczywiście nie mogą się odnosić ani inkorporować elementów czegoś, co powstało później – w drugą stronę jest to niemal nieuniknione. To dlatego 19ty i 20ty wiek są tak bardzo uwikłane w polemikę z dawniejszymi czasami. Mitologie starsze mają często swoje własne systemy zabezpieczeń przed nowymi interpretacjami, ale i tak rozmaite nowości próbują się wcisnąć (vide chociażby niedawną awanturę o Kod da Vinci i herezję Magdaleny).
Po drugie, jedną z naczelnych cech klasycznych mitologii (Grecja, Rzym, Wielkie Religie Monoteistyczne) jest zakotwiczenie w rzeczywistości geograficznej. Dziewiętnasty wiek poradził sobie z tym koncertowo, dwudziesty ma trochę większe kłopoty. Ponieważ nie zostało już wiele miejsc na ziemi nietkniętych mitologią, najnowsze systemy emigrują w czasie i przestrzeni „do odległej galaktyki”, „do Śródziemia” czy jeszcze gdzie indziej. Oczywiście, wystarczy nawet pobieżnie spojrzeć, by odnaleźć bardzo mitologiczne współrzędne „teraz czyli zawsze, tu czyli wszędzie”. Tak więc z całą odpowiedzialnością twierdzę, że rodzaj doświadczenia osiąganego przez wyznawcę Zeusa podczas wspinaczki na górę Olimp jest ontologicznie tym samym, co odczucia chrześcijanina w Świątyni Grobu Pańskiego, druida w Stonehenge, Żyda pod Ścianą Płaczu, miłośnika Sherlocka Holmesa na 221B Baker Street, czy zwolennika oper Wagnera nad Renem. Takie zakotwiczenie jest jednym z najciekawszych i najbardziej porywających aspektów mitologii.
Współczesne mitologie odchodzą raczej od roli mitów założycielskich i miejscowych. Nikt już nie sili się, by gwałtem konsolidować światopogląd naukowy z mitycznym – i właściwie nie ma takiej potrzeby. Po stronie nauk ścisłych empiria wygrywa w cuglach. Żałosna wojenka, którą prowadzi z Darwinem paru mieszkańców Kansas jest bezsensowna i tak szkodliwa dla potocznego postrzegania religii, jak tylko może być tępy i zacietrzewiony fanatyzm.
Mitologia służy zupełnie czemu innemu. Mit – w wielości swoich form – jest odwołaniem się do pierwotnych archetypów. Jest inicjacją: pokazuje jak umrzeć, odrodzić się i powrócić – tylko tyle, aż tyle. Znajduje zastosowanie tam, gdzie logika i empiria wycofują się rakiem. In extremis – w sytuacjach granicznych, ostatecznych. Mit jest bezpośrednią interwencją czegoś jednocześnie spoza i z najgłębszej głębi człowieka. Mit podnosi człowieka z upadku, daje siłę do walki, daje wewnętrzny kodeks postępowania (i dlatego zazwyczaj zawiera różne elementy prospołeczne), pcha się przed oczy ze swoją bezwzględną szczerością na podobieństwo (równie dyskusyjnych bytów) prawa naturalnego i głosu sumienia. Ale poza tym wszystkim, oferuje bezwarunkową akceptację i poczucie sensu. Racjonalizm tego nie potrafi. Wobec śmierci rozkłada bezradnie ręce, wobec niezawinionego nieszczęścia milczy lub bredzi o statystyce, nie daje też żadnej podpory w chwilach wielkich pozytywnych emocji, takich jak na przykład ślub. Żeby żyć bez mitologii trzeba być swoim własnym, zupełnie odrębnym i nowym, bohaterem – niewielu się ta sztuka udaje, a już na pewno nie od wczesnej młodości.
Dawkins zżyma się na wychowanie religijne dzieci. Ma rację, jeśli chodzi o wpajanie dzieciom podziału świata na „my” i „oni”, mieszanie im w głowach poprzez wrzucanie do jednego worka nieprzystających prawd religii i nauki. Z tego względu zapewne najlepiej byłoby na wczesnym etapie posługiwać się słowem „legenda” i przedstawiać ich maksymalnie szerokie spektrum. I zaczekać, aż do małego móżdżku dotrze pojęcie mitu, archetypu, metafory. Z drugiej jednak strony, zostawienie małych dzieci sam na sam z mitosferą, to jest zabawa odbezpieczonym granatem. Słyszałam już i czytałam wystarczająco dużo reporterskich relacji o samobójstwach (ostatnie np tutaj albo tutaj) Dziecko w sytuacji potwornej, ciągnącej się latami traumy łapie się czegokolwiek na oślep szukając ratunku, w tym wypadku jakiejś dość naiwnej, postwiktoriańskiej fantastyki o pogromcach zła rodem z Japonii. Ale zamiast pozwolić się podeprzeć, wzmocnić – wpada w jeszcze większą depresję i zabija się. Moim zdaniem ten wypadek jest rozdzierająco wyraźnym dowodem na religijny potencjał nowoczesnych mitów. Fakt, że to była manga, a nie mitologia grecka, duch zmarłej babci albo Jezus ma drugorzędne znaczenie. Różnica pomiędzy Sainte Chapelle w Paryżu a Licheniem jest wyłącznie estetyczna.
Na koniec jeszcze małe wspomnienie z samych początków mojej działalności akademickiej. Byłam wtedy zupełnie świeżą doktorantką, tuż po magisterce. Na dyżur przyszła do mnie studentka z prośbą o radę oraz, jak się okazało, z wyznaniem. Otóż pytała się, czy moim zdaniem możliwe jest napisanie na anglistyce pracy magisterskiej na temat Conana Barbarzyńcy, do którego pałała miłością wielką i czystą. Pamiętam to jak dzisiaj, mimo iż upłynęło wiele lat. Mogłam się właściwie roześmiać, ale tak naprawdę poczułam się zaszczycona, że ktoś odkrywa przede mną swoje własne sacrum. Oczywiście, powiedziałam tej bardzo młodej studentce, że jak najbardziej, może napisać pracę o czym zechce. Że są specjaliści od wczesnych stadiów rozwoju literatury popularnej, że można napisać wiele ciekawych rzeczy na temat początków fantastyki jako gatunku. Nie wiem, o czym w końcu powstała jej praca magisterska, ale mam nadzieję, że nawet tak niepozorną ścieżką można dojść do celu.
Oburzanie się na kogoś, kto narusza nasze świętości i żądanie zadośćuczynienia za kpiny z naszej wybranej mitologii prowadzi wyłącznie do nakręcania spirali podobnych roszczeń ze strony wyznawców wszystkich innych mitologii. Naprawdę wszystkich. Nie ma nic, co uzasadniałoby specjalny status jednej świętej księgi nad innymi. Dla kogoś rozstąpienie się morza czy wskrzeszenie Łazarza może być równie bezsensowne, jak podróż do nieba na kobyle bądź strzelanie z łuku do smoków. I jeśli nie potrafimy uwierzyć we wszystko, najlepiej jest zachować przyjazną neutralność i szacunek. Bo przecież, z drugiej strony, któż nam zabroni kochać naszych własnych bogów?

 

Dorota Babilas

 

 

babilasy
O mnie babilasy

Lubimy koty i podróże. Bardziej jednak podróże, dlatego koty trzymamy u teściowej. Lubimy też operę, ale ona nie przeszkadza nam w podróżach. Wręcz przeciwnie. Ponieważ lubimy podróże - ewakuowaliśmy sie na blogspot. Skype: michal.babilas Skype: dorota.babilas GG: 1670265 Get your own Box.net widget and share anywhere!

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Kultura