Strasznie się wszyscy skupiliśmy na kampanii wyborczej i jej dogrywce w postaci przepychanek wokół osoby Sikorskiego. W zasadzie jedyny moment, kiedy ktokolwiek zajmował się sprawą "wyzwalania" Iraku, to deklaracje PO w temacie wycofania naszych wojsk.
Jaki jest najistotniejszy strategicznie kraj w tamtym rejonie świata, dość silny żeby wpływać na sytuację i nie ogarnięty jeszcze szałem nienawiści do USA? Tak jest, proszę Państwa, Turcja - z którą oczywiście łączą nas historyczne sentymenty, bo nie uznała rozbiorów bla bla bla...
Jak na państwo muzułmańskie (acz obsesyjnie - rękami armii - pilnujące świeckości życia publicznego), Turcja jest nietypowa w sensie politycznym. Primo, obecny rząd jest w miarę proamerykański - i drobne incydenty w rodzaju odmowy pozwolenia na lądowanie amerykańskich maszyn wyzwalających Irak wiele tu nie zmieniają (w końcu się zresztą chyba dogadali, za ładną porcję pomocy wojskowej - może by tak zaprosić kogoś z tamtejszego MSZ na doradcę do nas?). Secundo, współpracują wojskowo z Izraelem. Tertio, regularnie pacyfikują dążenia mniejszości etnicznej na swoim terytorium - i uchodzi im to na sucho (trochę tak, jak Sowietom - pardon, Rosjanom - w Czeczenii).
I wszystko było dobrze, współpraca z Wielkim Bratem kwitła - aż tu cholerni Kurdowie znowu zaczęli mieszać, bo wykroili sobie z post-saddamowskiego Iraku de facto suwerenny kawałek na północy. Po doświadczeniach z obiecaną pomocą USA podczas pierwszej wojny w Zatoce ciężko im się dziwić, że tym razem postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.
Reakcja Białego Domu była przewidywalna: Wielki Intelektualista zaliczył Partię Pracujących Kurdystanu (główna siła polityczna stojąca za partyzantką) do terrorystów, wrogów wolności, siewców stonki, kokluszu i próchnicy. Ale to niestety nie wystarczyło, bo w nocy z poniedziałku na wtorek tureckie lotnictwo zbombardowało kilka wiosek po "irackiej" stronie granicy. Dziesięć dni wcześniej szef tureckiego MSZ powiedział ciemnolicej Kondolizie "atak w strefie przygranicznej będzie miał na celu wyeliminowanie baz terrorystów i nie będzie formą inwazji". Czy ta retoryka czegoś Państwu nie przypomina?
Ciężko się dziwić, że Amerykanów taki precedens martwi - bo to znakomity pretekst do jawnej interwencji np. Iranu, który i tak ładuje ciężkie pieniądze w lokalnych wojowników o wolność specjalizujących się w wysadzaniu meczetów pełnych ludzi. Jeśli USA nie powstrzymają Ankary, to niedługo oprócz tysiąca lokalnych grup terrorystycznych będą mieć jeszcze na głowie Teheran, a może i Damaszek.
Zawsze myślałem, że my Polacy jesteśmy wyjątkowymi pechowcami, bo mamy za sąsiadów Niemcy i Rosję. Jednak patrząc na Kurdów, którzy nadal nie mają swojego państwa, a w uziemianiu ich współpracują dziarsko Iran, Syria, Turcja i - do niedawna - Irak... Są tacy, którzy mają gorzej.
Nie żeby to był szczególny powód do radości. Ale warto się nad tym zastanowić w kontekście rozmaitych zapewnień, którymi Waszyngton szasta w desperackich próbach kupienia sobie poparcia do nowej krucjaty. I nie wierzyć w ciemno w etykietkę "terrorysta", która okropnie się zdezawuowała w ostatnich latach.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)