I tak dalej – kto chce niech poszuka w starych wydaniach głównych gazet. Każdy głos sprzeciwu eliminował człowieka z poważnej dyskusji, bo taka była oficjalna linia ludzi „kulturalnych i wykształconych” (jak to określał przed swoim późnym obrzezaniem Piotr Wierzbicki – żywy dowód na to, że czasem bohaterowie żyją za długo).
Wprawdzie co jakiś czas zza przytrzymywanych kolanem drzwi od szafy wylatywały trupy w rodzaju (byłych?) kapusiów robiących kariery w biznesie, mordów sądowych albo dziwnych powiązań ze zgonami „z rąk nieznanych sprawców” - ale medialny sojusz „salonu” dbał o to, żeby Polacy za dużo nie myśleli, tylko dziarsko akceptowali rządy fachowców wybierających świetlaną przyszłość w brukselskim molochu.
Pomijam celowo rządy PiS, bo do obiecywanego rozliczenia PRL nigdy nie doszło i w sumie był to tylko epizod (prawda, że dość spektakularny). Potem przyszła Platforma, nastało Święto Miłości, wydawało się, że wszystko wraca do normalności – aż nagle coś pękło.
Najpierw książka o Wałęsie – chyba najbardziej oczekiwana publikacja od czasu fantazji Grossa: wszyscy o niej mówili, jedni cieszyli się na ujawnienie prawdy, inni krytykowali szarganie świętości i legendy (i to wszystko zanim dzieło Gontarczyka i Cenckiewicza zdążyło zagościć w księgarniach). Dyżurne autorytety karnie opublikowały list protestacyjny odsądzający autorów od czci i wiary, „GW” podniosła larum...
I nic. Przećwiczona ileś razy strategia nie zadziałała – nakład wykupiono praktycznie na pniu, w kolejnych mediach zaczęły się pojawiać pytania o przeszłość zarówno „stoczniową” jak i „belwederską” Wałęsy, kręcących się wokół niego dziwnych ludzi w rodzaju Wachowskiego czy Milczanowskiego. Kiedyś Szymborska popełniłaby pewnie „Nienawiść 2008” - a tym razem nawet profesor Friszke przyciśnięty do ściany (bodaj u Pospieszalskiego) przyznał, że problem istnieje. I żaden wrzask tego nie zmieni.
Lesław „Ketman” Maleszka? To samo – co najmniej paru znanych TW przed nim ćwiczyło obronę według jednego schematu: 1. nie donosiłem 2. donosiłem ale nie brałem za to pieniędzy 3. rozmawiałem tak żeby nikomu nie zaszkodzić 4. to jest kampania nienawiści i polityczne insynuacje.
A tym razem? Maleszka wywalony, redakcja twardo idzie w zaparte kreując się na ofiary i chyba zaczynają gubić krok, bo Stasiński próbuje wmówić wszystkim, że Maleszka był nieomal tajnym agentem pro-lustracyjnej prawicy. W dziedzinie bzdur jest to nowa jakość, choć jakaś część lemingów pewnie posłucha i uwierzy – ale dużo mniej niż kiedyś...
Ni stąd ni z owąd, wypływa sprawa generała Sikorskiego – najwyraźniej oficjalna wersja wydarzeń przestała wystarczać. Przedtem mord katyński i nagłośnienie kuriozalnego (nawet jak na standardy tamtejszej dziczy) wyroku sądu, który głosił, że skarżyć Rosję w sprawie Katynia mogą tylko sami bezpośrednio poszkodowani. Była jeszcze publikacja „Dziennika” o stanowisku rosyjskich historyków, którzy w ramach Komisji do Spraw Trudnych oskarżyli Polskę o stos wszelakich bezeceństw historycznych...
Co się dzieje? W ciągu poprzedniej dekady głównonurtowe media koncentrowały się na specyficznym rewizjonizmie: płonącej stodole, pogromie kieleckim, rozgrzeszaniu kapusiów i tłuczeniu wszystkich po głowie pałą z napisem antysemityzm... I co, nagle zaczęli się zachowywać jak mokry sen prawicowego historyka?
Ja wiem, to może zabrzmieć jakbym był marudą, który nigdy nie jest zadowolony z otaczającej rzeczywistości: historia jest przemilczana – źle, jest nagłaśniana – też niedobrze. W sumie czego ten facet chce?
No ale nic nie poradzę: jak złożyć do siebie wszystkie kawałki to widać jedno – coś tu nie pasuje.
W przypadku TVN to jeszcze w miarę nietrudne do rozszyfrowania: podobnie jak z aferą Rywina, dwa gangi pokłóciły się o kasę i ktoś złamał niepisaną umowę strzelając drugiemu w plecy – a przy okazji coś z brudów wyciekło na zewnątrz. Sprawa „Bolka” - sam Wałęsa tyle razy już się o tym wypowiadał, wielokrotnie sam sobie przecząc, że w końcu musiał się znaleźć jakiś młody „gnój”, który na kolana przed legendami nie pada. List protestacyjny autorytetów? W sumie nawet tak zwana statystyczna większość mogła się na to uodpornić i przestać reagować.
Ale ekshumacja Sikorskiego – zgodnie poparta przez rząd i opozycję? Katyń? Potępienie przekłamań w hagiograficznym filmie o trzech komuszanych braciszkach bawiących się w partyzantkę? Afera z rosyjskimi historykami?
Jakoś nie chce mi się wierzyć ani w synchroniczny atak patriotycznego sumienia w mediach – a wersja o zbiegu okoliczności jest dość zabawna (jak to mówią, nie ma przypadków, są tylko znaki). Ale w takim razie: o co tu chodzi? Czy komuś zależy na skupieniu uwagi opinii publicznej na białych plamach w polskiej historii – tej samej, której jeszcze niedawno kazano nam się wstydzić?
W którejś z powieści Chestertona pada takie mniej więcej credo: gdzie mądry człowiek ukryje liść? W lesie. A jeśli nie ma lasu? To mądry człowiek zasadzi las, żeby ukryć w nim liść.
Rosnące pędy młodych drzewek już widać.
Dedykuję Wojowi, który jest autorem przemyślenia zawartego w tytule



Komentarze
Pokaż komentarze