No i znowu wraca temat tajnych więzień CIA w Polsce. Human Rights Watch ogłosiło w 2005 roku raport, według którego w Polsce i Rumunii przetrzymywano arabskich terrorystów, tfu, chciałem oczywiście napisać: bojowników o wyzwolenie Iraku spod imperialistycznej okupacji, których to bojowników uprowadziły psy łańcuchowe Wielkiego Szatana z siedzibą w Waszyngtonie. Media rzuciły się na temat z gorliwością hien widzących kawałek padliny.
Kogo w ogóle obchodzi zdanie HRW? Tej samej organizacji, która siała panikę odnośnie mających miejsce w Polsce strasznych prześladowań homosiów? Chcą, niech sobie pokrzyczą – w końcu jak się bierze publiczne pieniądze, trzeba jakoś uzasadnić swoją smutną i beznadziejną egzystencję. Odrobina zadymy z użyciem słowa-klucza „tortury” nadaje się do tego celu idealnie.
Potem za sprawę wzięła się polska komisja rządowa – i też niczego nie potwierdziła (co w sumie nie jest dziwne – może ktoś tam jednak ma chociaż minimum mózgu). Specjalna komisja Parlamentu Europejskiego też się zajęła tematem i wypociła, że „przypuszczalnie” działało w Polsce „przynajmniej jedno” tajne więzienie. Straszne, nie? Przypuszczalnie przynajmniej jedno – dobrze, że nie zorganizowano na tej podstawie nowej Norymbergi specjalnie dla polskiego rządu.
I temat mógłby się wreszcie skończyć, ale w czerwcu – w ramach odgrzewania kotletów – sprawę wywlókł „New York Times”. Jezu, ileż można?
Media z jakiegoś powodu uskuteczniały masowy seans samozadowolenia: patrzcie, znaleźliśmy dowody, poszlaki i podejrzenia. Skąd? Ano, anonimowo powiedzieli nam o tym wysokiej rangi oficerowie związani z jedną ze służb. Jedna babie drugiej wsadziła ... i tak dalej, jak w znanym wierszyku: mniej więcej ten poziom rzetelności prezentują zajmujący się sprawą dziennikarze. Ja oczywiście rozumiem, że jeden z drugim pismak nie ma ochoty paść ofiarą nieznanych sprawców, ale to jest po prostu śmieszne: taką metodą można oczernić każdego i nie dać mu żadnej możliwości obrony. Z drugiej strony, czego oczekiwać po ludziach, dla których bohaterami są Woodward i Bernstein ujawniający tajne dokumenty w imię dokopania krytykowanemu prezydentowi?
Chorą fascynację budzi też raport wyprodukowany przez szwajcarskiego senatora „Dicka” Marty’ego, który – tak samo jak piszący o sprawie dziennikarze – podróżował i przekonywał wysokich rangą oficerów służb specjalnych, żeby opowiedzieli mu o sprawie. Jedna baba...
Znowu: co kogo obchodzi jakiś szwajcarski senator? Być Szwajcarem i wypowiadać się z taką swadą o łamaniu praw człowieka w innych krajach to doprawdy spory tupet (jakby ktoś nie pamiętał: szwajcarskie banki zarabiały przez sześćdziesiąt lat na złocie zdeponowanym przed wojną przez zamordowanych potem podczas Holocaustu Żydów – i jakoś nikomu z Helwetów to specjalnie nie przeszkadzało). Posprzątajcie chłopaki swoje podwórko a potem bierzcie się za wytykanie problemów innym.
Lekko zdołowany tą nagonką na Polskę – wspieraną na forum instytucji europejskich przez rozmaitej maści lewacką padlinę z polskimi paszportami – zacząłem przeglądać wypowiedzi byłych i obecnych oficjeli. I przeżyłem spore zaskoczenie. Radosław Sikorski, spec od dorzynania watahy, powiedział
„Ja tę sprawę już komentowałem jako minister obrony i mogę odpowiadać za to, o czym wiem i za to, co się działo w czasach, gdy ja odpowiadałem za wojskowe instalacje. Mogę potwierdzić jeszcze raz, kategorycznie - za czasów rządów Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, a także teraz, nic takiego w Polsce nie miało miejsca"
Ani słowa o zwalaniu odpowiedzialności na poprzedników Słońca Peru – dziwne, nie? Spodziewałbym się raczej argumentów o PiSowskim służalstwie albo czymś w tym stylu, a tu nie. Minimum lojalności – czy świadomość, że w razie opublikowania papierów na Radzia S. też są dowody?
Jedziemy dalej – prezydencki mastif (czy jakie tam inne rasy są tłuste i agresywne) Michał Kamiński:
"Nie wierzę, że wiezienia w Polsce były. Nie wierzę w oskarżenia amerykańskiej prasy pod adresem byłego prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej"
PiSowski polityk broni postkomuszanego prezydenta – ludzie, co się dzieje? Parę tego rodzaju wypowiedzi (będących wariacjami na ten sam temat) dałoby się jeszcze znaleźć, ale oszczędzę sobie.
Jak nie patrzeć, jest to zmiana jakościowa: żadnego wykorzystywania spraw zagranicznych w wewnętrznych rozgrywkach? Przecież jeszcze niedawno „opinia Europy” była kluczowym argumentem potępiającym chociażby PiS – a tu co, porozumienie ponad podziałami? Chciałbym uwierzyć, że wśród rządzących zagościł – dla odmiany – jakiś bakcyl zdrowego rozsądku, ale wrodzony sceptycyzm każe mi się wstrzymać z oceną. Pożyjemy, zobaczymy.
Ale żeby nie było przesadnie różowo, na deser odezwał się Zbigniew „Kluska Tuska” Chlebowski, który – uwaga, co za niespodzianka – zażądał postawienia przed Trybunałem Stanu wszystkich polityków, którzy wiedzieli o istnieniu tego rodzaju placówek na terytorium RP. Dlaczego nie? W końcu grożono TS już takiej ilości ludzi, że prestiż tej instytucji i tak leży w gruzach. Nie sądzę, żeby pan Chlebowski czytał cokolwiek poza wskazówkami co myśleć na dzisiaj (rozsyłanymi przez sms z centrali), ale ciekawe czy zna takie pojęcie:
http://en.wikipedia.org/wiki/Black_ops
Związanym z tematem politykom oczywiście nie wypada się wypowiadać ze szczegółami – jak pisałem wyżej, przynajmniej niektórzy zdradzają szczątki instynktu państwowego i to ponad partyjnymi podziałami. Ale że nikt z dziennikarzy nie pomyślał chwilkę dłużej, to już doprawdy zrozumieć ciężko. No bo zastanówmy się: co się właściwie takiego stało?
Jest taki stary kawał: skąd wiadomo, że CIA nie brała udziału w zamachu na Kennedy’ego? Bo się udał. Ale przyjmijmy domniemanie niewinności: ta banda partaczy, która o próbach atomowych w Pakistanie za prezydentury Clintona dowiedziała się z telewizji, rzeczywiście jest w stanie działać w sposób kompetentny. Pozwijała różnych sympatycznych bojowników o wolność – w szczególności, jeśli wierzyć wiarygodnym źródłom cytowanym przez „Der Dziennik”, organizatorów zamachów z 11 września. Można oczywiście uważać, że konfrontacja islamofaszystów z Zachodem to nie jest nasz problem i zwolenników współpracy wywiadowczej z Amerykanami należy stawiać przed sądem – tylko jest kilka „ale”.
Po pierwsze, chwilowo rzeczywiście nie byliśmy na celowniku Al-Kaidy i pochodnych. Można sobie dalej rozumować metodą „to nie nasza wojna” – co jest troszkę uogólnieniem podejścia „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. Czy się to komuś podoba, czy nie: pomyleńcy spod znaku Al-Kaidy, którzy parę lat temu zrobili z Afganistanu obóz szkoleniowy dla terrorystów, chcą wykończyć jak leci wszystkich niewiernych – czyli także nas. Jeśli nie zacznie się z nimi walczyć w Kabulu (albo przesłuchiwać w celi na Mazurach), to za parę lat możemy być zmuszeni ganiać się z nimi po ulicach Poznania albo Wrocławia. Istnieje coś takiego jak uderzenie wyprzedzające, ale – tak jak serdecznie nie trawię Aleksandra Kwaśniewskiego i uważam, że jego miejsce jest przed sądem – to w tej konkretnej kwestii miał rację.
Po drugie, można krytykować Kwaśniewskiego i Millera za decyzję o wysłaniu polskich sił do Afganistanu – chociaż, w przeciwieństwie do Iraku, akurat ta operacja miała wszelkie konieczne podkładki prawne, mandat ONZ i co tam jeszcze. Ale nawet jeśli ktoś uważa ją za błąd, to teraz naprawdę nie jest dobry moment na proceduralne spory. Polscy żołnierze robią porządek z bandyterką talibów – środek wojny to nie jest czas, żeby zastanawiać się nad słusznością ogólnego kierunku. I czy się to komuś podoba czy nie, przesłuchiwanie specy od ustawiania moździerzy między szkołą a szpitalem (coby potem wrzeszczeć o ludobójstwie w Nangar Khel) jest równie ważne jak patrole w terenie. A w tej sprawie jesteśmy z Amerykanami po jednej stronie frontu.
Po trzecie, ciekawie byłoby ustalić kto z polskich sfer rządowych puścił przecieki do prasy – ale mam dziwne podejrzenie, że to nie nastąpi (chyba, że wywiad dotknie epidemia dymisji z powodów osobistych i zdrowotnych). Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta „białą księgę” w sprawie Oleksego, gdzie ujawniono materiały z działalności polskich służb na Wschodzie po lekkim ocenzurowaniu – po to, żeby wykazać że Józef „będę jak brzytwa” Oleksy jednak nie był „Olinem”. Z jakiegoś powodu, zagadnienia bezpieczeństwa narodowego są w Polsce traktowane wyjątkowo beztrosko i nikomu to specjalnie nie przeszkadza. I tak też można – ale jeśli w tej sprawie politycy SLD / PiS / PO puścili informację żeby dokopać konkurencji, to po prostu powinny polecieć głowy. Jak na to nie patrzeć, to już pachnie zdradą stanu.
Ma miejsce konflikt prorokowany przez Barbera: my jesteśmy po jednej stronie, dzielni bojownicy z Al-Kaidy po drugiej i naprawdę nie ma o czym dyskutować. Owszem, jako jeńcy powinni mieć pewne prawa, ale jeśli dalekosiężne korzyści są w sprzeczności z ogólnymi zasadami, tym gorzej dla zasad. I myślący przywódcy powinni mieć to na uwadze – równoczesnie zapewniając, naturalnie, o swoim respekcie dla praw człowieka, które przysługują zakutanym w turbany wojownikom o dominację islamu. Zdarza się tak, że ludzi trzeba okłamać dla ich dobra.
Aleksander Macedoński był bohaterem, lecz po cóż łamać krzesła?



Komentarze
Pokaż komentarze (9)