Dwa tygodnie temu Joerg Haider, szef Sojuszu na Rzecz Przyszłości Austrii, zginął w wypadku samochodowym. Facet zawsze wzbudzał we mnie dość sprzeczne odczucia – z jednej strony kibicowałem mu, kiedy rozhisteryzowane europejskie lewactwo groziło Austrii bojkotem, bo Haider to persona turpis i nie należy takowych wpuszczać do rządu. Wróg naszego wroga nie musi być koniecznie naszym przyjacielem, ale już doraźnym sojusznikiem – czemu nie? Z drugiej – do szewskiej pasji doprowadzały mnie jego wypowiedzi o żołnierzach SS jako godnych szacunku albo o plusach polityki zatrudnienia w Trzeciej Rzeszy.
Że rozpasane bezczelnie lewactwo dostawało piany na samą wzmiankę o panu H., to się w sumie nawet specjalnie nie dziwię. Ale że sporo ludzi na prawicy – tylko z powodu niechęci czerwonych – mówiło o nim z uznaniem, tego nijak pojąć nie jestem w stanie. Najwyraźniej z myślą prawicową w Europie jest już bardzo źle, skoro wystarczy bluzgać na Brukselę (uprawiając równocześnie na karynckim podwórku najzwyklejsze kupowanie głosów za dochody z prywatyzacji) żeby zasłużyć sobie na uznanie, sympatię i publiczne wyrazy ubolewania po śmierci. W niektórych przypadkach (typu „Najwyższy Czas” i elektorat tegoż), żal po opalonym fanie SS doprowadził do powstania teorii spiskowych, jak to za wypadkiem stały rozmaite służby, ze wskazaniem na te pachnące czosnkiem.
A potem wybuchła bomba w postaci wywiadu rzecznika partii Haidera, niejakiego Stefana Petznera: za zgodą żony Haidera, obu panów łączyły jakoby stosunki z gatunku dość intymnych. Z jakiegoś powodu sporo ludzi uznało tę informację za niesamowicie istotną – czego nijak pojąć nie mogę. Był pedałem? No może i był, co z tego – pan Haider niejednokrotnie wyrażał się ciepło o III Rzeszy, a wierchuszka tego gangu (SA zwłaszcza) znana była z niestandardowych upodobań, więc po prostu wyszedł poza poziom retoryki w chęci upodobnienia się do swoich idoli. Wymuskany, opalenizna rodem z solarki, młodzi muskularni chłopcy wokół - Aleksander Macedoński był bohaterem, lecz po cóż łamać krzesła? Mnie osobiście ani to ziębi, ani grzeje – gdyby Haider nie wychwalał Trzeciej Rzeszy i nie uprawiał rozdawnictwa, to mógłby nawet trzymać harem (pełnoletnich) krzepkich Aryjczyków. Póki nie robiłby tego za pieniądze podatników, ma się rozumieć.
Ale najciekawsza w tym wszystkim jest relacja mediów uchodzących za głównonurtowe (czytaj: lewicowe). To ci gratka – można się przyczepić do znienawidzonego faszysty. Zboczeniec, uwodziciel młodych, oszukujący żonę... Takie to gromy miotają na głowę pana H. ci sami ludzie, którzy na każdym kroku gotowi są wrzeszczeć w obronie prawa homosiów do „alternatywnego” stylu życia. Kiedy ktoś wspomni o specyficznych skłonnościach, dajmy na to, znanego artysty popierającego czerwonych, jest to grzebanie się w ludzkiej prywatności, zamach na intymną sferę życia i ogólnie siedem grzechów głównych (czy co tam wstawiają w to miejsce fani Europy post-chrześcijańskiej). Ale Haider? Tu wczorajsze tabu nie obowiązują, więc dowiadujemy się o płaczącym przed kamerą rzeczniku Petznerze, sytuacji żony, tabunach młodych pięknych blondynów w partii Haidera, sugestiach kariery robionej przez łóżko i osiemnastoletnim współbiesiadniku Haidera w ostatni wieczór...
Jest to zabawne o tyle, że pan H. został przez niektórych obwołany nieomal zbawcą europejskiej prawicy. Cóż, jaki Mesjasz, taka Ostatnia Wieczerza.
Proletariat zastępczy wygrzebany przez lewicę – po tym, jak klasa robotnicza pokazała czerwonym środkowy palec – został potraktowany dokładnie tak instrumentalnie, jak ich poprzednicy. I pomyśleć, że zgromadzony pod czerwonym sztandarem element ma czelność zarzucać innym nietolerancję
i piętnować ich za rzekome naruszenia praw rozmaitych mniejszości. Wytłumaczenie, jak dla mnie, może być jedno: przynajmniej część lewicy ma mózg, używa go i rozumie, jaka jest prawdziwa natura ich działań. Jak pisał La Rochefoucauld, hipokryzja to hołd składany cnocie przez występek.
Czasy mamy widać takie, że na lepsze hołdy cnotliwość nie ma co liczyć.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)