Jak każdy rząd, ekipa Tuska ma w Polsce zwolenników, przeciwników, ludzi jej obojętnych (tych akurat chyba najmniej) – i bandę absolutnie apolitycznych lizusów. Ludzi, którzy równie dobrze radzili sobie za komuny, po jej upadku i podczas wszystkich kolejnych rządów i ustrojów. Takich, którym nie dość spełniać każde życzenie władzy – próbują je jeszcze zgadywać z wyprzedzeniem. Tak jak ostatnio komendant dolnośląskiej straży pożarnej:
Okropnie ważny pan wicepremier Schetyna jechał załatwiać niesamowicie ważne sprawy, a tu nagle – ani chybi wskutek spisku wrażych sił kaczystowskich – zepsuł mu się samochód. Gwałtu rety, co to będzie – tak sobie pewnie pomyślał komendant straży. Wprawdzie w statutowych obowiązkach chyba nie ma dbania o komfort władzuchny, ale wiadomo jak to jest z obowiązkami w Polsce: kiedy pewien policjant próbował zatrzymać jadący nieprzepisowo konwój Suchockiej, dostał naganę za przeszkadzanie pani premier. Nic więc dziwnego, że nauczony tym i podobnymi przypadkami komendant wysłał strażaków żeby pomogli bardzo ważnemu panu premierowi.
Pech sprawił, że kierowca Schetyny naprawił koło zanim wóz straży dotarł na miejsce. I na tym mogłaby się cała historia skończyć, ale informacja dotarła do wojewody, który chyba niespecjalnie się ucieszył. Myślący o dobru obywateli a nie o konstrukcji dupochronu urzędnik to w Polsce zjawisko na miarę białego tygrysa albo cnotliwej gwiazdy pop – ale, o dziwo, jednak się zdarza. I pan komendant, który bardziej niż o bezpieczeństwie mieszkańców województwa myślał o komforcie Schetyny, wylądował na dywaniku, dostanie po kieszeni i mam nadzieję, że na deser oberwie na odlew w pysk.
Kolejny raz potwierdza się stara mądrość: nadgorliwość gorsza od faszyzmu.
Komentarze
Pokaż komentarze (13)