Jeden z najbardziej znanych lemingów S24 napisał ostatnio notkę, w której - powołując się na informacje niesprawdzone - rechotał z PiS w kwestii liczby protestów wyborczych.
Informacje, które przytoczył ów bloger - nb. bez zalinkowania - mówiły, wedle niego, o 500 protestach wyborczych, podczas gdy 4 lata temu było ich 470. W związku z tym nie wiedział, nasz intelektualny biedaczek, czy ma się śmiać czy płakać z PiS.
Teraz już wiadomo, że leming powołał się na źródło, które zaniżyło liczbę protestów o 1000, albowiem na ten moment jest ich 1500. To trzy razy więcej niż 4 lata temu, a więc z pewnością jest to znacząca zmiana i można spokojnie mówić o fali masowych protestów.
Pomijając już nawet fakt, że dane liczbowe mówią co innego, ważna jest też struktura i zasięg protestów. Inaczej wygląda bowiem protest w kwestii pojedynczego radnego gminy Psia Wólka, a inaczej protest obejmujący na przykład cały sejmik wojewódzki. Moim zdaniem tak czy siak któryś z dziennikarzy, a może też jakiś socjolog, powinien przeanalizować tę kwestię i porównać obecną liczbę i strukturę protestów z rokiem 2010.
Lemingom S24 proponuję zaś zapamiętanie następującej mądrości ludowej: ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
http://wpolityce.pl/polityka/224440-do-sadow-trafilo-prawie-poltora-tysiaca-protestow-wyborczych


Komentarze
Pokaż komentarze (64)