Mój stosunek do tzw. afery madryckiej jest jednoznacznie negatywny. Lecz mam znacznie bardziej negatywny stosunek do hipokryzji i podwójnych standardów rządzącej koalicji PO-PSL-TR-GW-TVN-TVP-NIE-ONET-NBP-PKO-WSI-ABW-SN-TK-PKW-SZEMRANY_BIZNES, czyli krótko mówiąc PRL-bis w pigułce.
Na bohaterach afery madryckiej nie zostawiliśmy suchej nitki, zarówno sympatycy, jak i antypisowcy oraz neutralni komentatorzy. Kilka dni temu dowiedzieliśmy się jednak, że marszałek Radosław Sikorski pobrał ekwiwalent za przejazd samochodem prywatnym w wysokości blisko 80 tys. zł. Nie byłaby to szokująca kwota, gdyby nie fakt, że marszałek Sikorski (wcześniej minister Sikorski) miał i ma do dyspozycji przez całą dobę luksusową limuzynę oraz obstawę BOR. W jaki sposób udało się przeto marszałkowi Sikorskiemu przejechać samochodem prywatnym dwa razy kulę ziemską dookoła w ciągu 5 lat?
Lemingi piszą już na forach, że to niewiele, że to około 44 km dziennie. No i rechoczą zgodnie z tzw. prawaków, którzy nawet liczyć nie potrafią. Zapominają jednak, że marszałek (minister) Sikorski nie otrzymywał ekwiwalentu za każdy kilometr przejechany samochodem prywatnym, ale za każdy kilometr przejechany samochodem prywatnym w celach służbowych. To zupełnie nie to samo, albowiem do celów służbowych marszałek (minister) Sikorski miał do dyspozycji rządową limuzynę z obstawą BOR. Ponadto, trudno mi sobie wyobrazić, by odwieziony wieczorem do domu i zapewne zmęczony Radosław Sikorski wsiadał jeszcze do prywatnego samochodu, żeby wyjeździć swoje 44 kilometry w celach służbowych. Jeśli już takie zdarzenia miały miejsce, to moim zdaniem wyłącznie okazjonalnie i niezwykle rzadko.
Dochodzimy do sedna sprawy. W ślad za lemingami ci sami dziennikarze, którzy całymi dniami pisali o Hofmanie i jego kumplach, teraz albo zamilkli, albo wdali się w tłumaczenia marszałka Sikorskiego, albo napisali cokolwiek bez specjalnego entuzjazmu. Próżno szukać na Onecie, czy w innych miejscach, wiszące całymi dniami artykuły na temat Sikorskiego i nie tylko, bo także Neumann z Arłukowiczem pobrali gigantyczne kwoty na podobnej zasadzie.
Gazeta Wyborcza powołuje się tylko na artykuł we Wprost i jakoś nie jest skora do własnego śledztwa dziennikarskiego, które tak ochoczo wdrożyła w sprawie afery madryckiej. Najśmiejszniej wyglądają w tej gazecie tłumaczenia samego Sikorskiego, których... nie ma. GW pisze o tym następująco:
Rzeczniczka obecnego marszałka Sejmu poproszona o komentarz do sprawy odpowiedziała lakonicznie, że "nie używał samochodów będących w gestii MSZ", a na pytanie, jak Sikorskiemu udało się wyjeździć dziesiątki tysięcy kilometrów, nie odpowiedziała w ogóle.
No jakże to tak? Dlaczego Michnik nie rozdziera szat niczym Rejtan w obronie grosza publicznego, tylko przechodzi nad tym do porządku dziennego? Wytłumaczenie jest proste i znane od lat w tym towarzystwie wzajemnej adoracji, a jego autorem jest Henryk Sienkiewicz, który zapisał się w historii pozytywnie, w przeciwieństwie do swojego późnego prawnuka z Platformy Obywatelskiej:
Zły uczynek jest wtedy, gdy ktoś Kalemu ukraść bydło, natomiast dobry jest wtedy, gdy Kali komuś ukraść bydło.
Tym razem nasz Kali, promowany od lat przez Gazetę Wyborczą, dodatkowo wszedł w rolę rozliczającego.


Komentarze
Pokaż komentarze (69)