Po decyzji szwajcarskiego banku centralnego na Polaków, którzy mają kredyty we frankach, padł blady strach. Jedni politycy rządzącej koalicji mówią "radźcie sobie sami", inni zaś "coś trzeba z tym zrobić". Ba! Jerzy Borowczak z PO wręcz twierdzi, że jest to porównywalne do sytuacji, gdyby chcieć z budżetu wspomagać tych, co nie wygrali w Lotto. W innym tonie wypowiada się wicepremier Janusz Piechociński z PSL, który domaga się pomocy ze strony ministra finansów. Tak czy siak polscy "frankowicze" czują się mocno zagubieni i ciężko przestraszeni.
Tymczasem zupełnie inaczej wygląda sytuacja w innym byłym demoludzie, czyli na Węgrzech. To taki dziwny kraj, w którym rządzący - w przeciwieństwie do władców Polski - nie chcą sprzedać go za bezcen po kawałku. Mimo gromów rzucanych z Brukseli, ten mały kraj prowadzi ambitną politykę własną, bez oglądania się na innych. Czasami można mieć spore wątpliwości, ale Orbánowi jaj nie sposób odmówić. U nas co innego, premier Kopacz nie ma jaj (i nic w tym dziwnego), ale nie mają ich też Tusk z Komorowskim (albo mają jakieś inne jaja, niepolskie). Węgierski rząd dogadał się zaś z bankami jeszcze w zeszłym roku, przeto Węgrzy mogą sobie przeczytać w zagranicznej prasie (akurat w polskiej) następującą informację:
http://biznes.onet.pl/waluty/wiadomosci/wegry-moga-wygrac-na-decyzji-szwajcarii/5xmnt


Komentarze
Pokaż komentarze (14)