Rzecz dotyczy konferencji prasowej i pytania dziennikarza Samuela Pereiry. Oto treść pytania Samuela Pereiry:
Pytanie moje dotyczy pani współpracownika Jacka Rostowskiego w związku z informacją o podejrzeniu wyłudzenia pieniędzy na podróże w związku z eurokampanią. Czy pani w tej sprawie rozmawiała z nim na ten temat, czy też będą wyciągnięte jakiekolwiek wnioski personalne?
A taka jest treść odpowiedzi premier Ewy Kopacz:
Pan, rozumiem panie redaktorze, ma pewne informacje, bo pan stwierdził, że Pan poseł, były wicepremier, wyłudził pieniądze. Tak, dobrze zrozumiałam?
W związku z takim postawieniem sprawy Samuel Pereira wyjaśnia:
Pobrał z Kancelarii Sejmu kilka tysięcy złotych, mimo że te podróże były w ramach kampanii wyborczej. Ta informacja była bodaj dwa dni temu publiczna.
Ewa Kopacz:
Ja zazdroszczę panu pewności, bo ja rozumiem, że pan Jacek Rostowski na pańskie słowa zareaguje.
U dołu notki jest link i każdy może sobie odsłuchać rzeczoną wymianę zdań. Mamy oto pytanie dziennikarza, który mówi o PODEJRZENIU wyłudzenia pieniędzy i odpowiedź pani premier, która przypisuje dziennikarzowi, jakoby ten stwierdził WYŁUDZENIE pieniędzy. W sensie prawnym jest to kosmiczna różnica i tylko człowiek słabo rozumiejący język polski może postawić między tymi dwoma zdaniami znak równości.
Znacznie ciekawszy jest jednak ciąg dalszy. Otóż, jak informuje portal niezalezna.pl, sam Jacek Rostowski wydał oświadczenie, w którym poinformował, iż w połowie grudnia zwrócił do Kancelarii Sejmu kwotę 3.794,00 zł oraz oświadczył, że przekazuje sprawę... Romanowi Giertychowi.
Mamy więc do czynienia z klasyczną próbą zastraszenia wszystkich, którzy mają czelność publicznie zadawać władzy kłopotliwe pytania. Przypomnijmy bowiem, że wybory do europarlamentu odbyły się w dniu 25 maja 2014 r. i nawet jeśli Jacek Rostowski oddał pieniądze w połowie grudnia 2014 roku, to i tak formalnie naraża się na zarzut usiłowania wyłudzenia pieniędzy. Oczywiście, prokuratura może postępowanie umorzyć uznając, że szkoda została ostatecznie naprawiona, ale fakt pozostaje faktem, podobnie jak ma to miejsce w wypadku Adama Hofmana i innych. Zaś nazwisko Romana Giertycha zaczęło robić w polskiej domenie publicznej za autentyczny straszak na zasadzie: każdemu, kto zada władzy PO kłopotliwe pytanie, Roman Giertych jego język przytnie.
Apeluję przeto do dziennikarzy i polityków spoza sitwy PO-PSL: Nie dajcie się zastraszyć!


Komentarze
Pokaż komentarze (52)