Idzie mi oczywiście o ostatni sondaż, w którym Andrzej Duda wyprzedza nieco Bronisława Komorowskiego. Nawet nie chodzi mi o tzw. błędy systematyczne, bo takie zdarzają się wszędzie (np. w badaniach zawsze wychodzi mniej rozwódek, niż było rozwodów, bo przecież rozwódki nie mają się czym chwalić).
Rzecz polega na tym, że w Polsce sondażownie wykorzystywane są do kształtowania opinii społecznej, czyli mówiąc wprost - do manipulowania. To, co nie zdarza się tym samym ośrodkom w badaniach dotyczących zagadnień ekonomicznych, jest nagminne w sondażach o zabarwieniu politycznym. Wiem coś na ten temat, bo z bliska przyglądałem się przez dwa lata przetwarzaniu danych w jednej ze znanych sondażowni. Napisałem w S24 wiele notek poświęconych temu zagadnieniu pod wspólnym tytułem: "Nie wierzcie sondażowniom!".

Jestem przeto przekonany, iż aktualny wynik nie jest 44:40, a zupełnie inny. Jaki? Nie mam pojęcia. Może 53:37 dla Dudy, a może 41:39 dla Komorowskiego. Jedyne, o co w tej sytuacji można apelować, to po prostu bardzo intensywnie robić swoje i w ogóle nie zwracać uwagi na sondaże. Owszem, da się wyciągać jakieś wnioski z tzw. trendu, ale i z tym dałbym sobie spokój.
Dla obu kandydatów najważniejsza jest w tej chwili debata, która może jeszcze cokolwiek zmienić. Przypominam, że 5 lat temu debata poszła nieźle Bronisławowi Komorowskiemu, więc działacze i sympatycy PiS nie mogą jeszcze dzielić skóry na niedźwiedziu i pakować walizki urzędującemu prezydentowi - zwłaszcza w obliczu akcji "Do boju zaprzyjaźnione stacje!".


Komentarze
Pokaż komentarze