Wysłuchałem przemówień obu pań. Pierwsze wnioski na temat "korespondencyjnego" pojedynku są takie, że delikatnie wygrała Beata Szydło, za którą przemawia autentyczność. Nie idzie mi przy tym o to, że Szydło mówiła z głowy, a Kopacz czytała z kartki, ani też o to, że premier Kopacz miała olbrzymi problem z rozszyfrowaniem skrótu JOW.
Po prostu, Beata Szydło wypadła naturalnie, zaś Ewa Kopacz sprawiała wrażenie osoby, która podczas musztry paradnej maszeruje w cudzych, niepasujących butach. Drugim argumentem jest to, że Beata Szydło atakowała przeciwników kulturalnie, zaś Ewa Kopacz agresywnie.

Ewa Kopacz kilka razy dzielnie walczyła z zarzutami przeciwników (głównie PiS), które powstały wyłącznie w jej głowie. Wielokrotnie mówiła o jakiejś Polsce w ruinach, o burzeniu do fundamentów, podczas gdy Beata Szydło mówiła o kontynuacji tego, co dobre i zmianach tego, co złe.
Na koniec PEK w dość bezczelny sposób wezwała do debaty Jarosława Kaczyńskiego. Jednocześnie łaskawie zgodziła się na debatę z Szydło. I w tym momencie zgadzam się z PEK. Do takiej debaty powinno dojść po wakacjach, gdy obie partie będą już miały swoje programy. PiS, jeśli mądrze to rozegra (nie tak, jak PAD z PBK w pierwszej debacie w TVP), może dużo na niej ugrać.
Do roboty!


Komentarze
Pokaż komentarze (45)