Wczoraj napisałem delikatną w treści notkę na temat wyroku wydanego w sprawie przeciwko m.in. Mariuszowi Kamińskiemu, byłemu szefowi CBA, a obecnie wiceprezesowi PiS i kandydatowi do Sejmu RP. Dziś, po uzyskaniu garści dodatkowych wiadomości, mogę napisać z pełnym przekonaniem, iż mamy do czynienia z szytą grubymi nićmi grandą, a nie z orzeczeniem niezawisłego sądu.


Dlaczego używam tak ostrych słów i dlaczego tak uważam? Oto dwa główne powody:
1. Wyrok wraz z uzasadnieniem został wysłany do Mariusza Kamińskiego w dniu 5 października 2015 r. (vide: materiał). Pomijając "drobiazg", że Mariusz Kamiński jeszcze nie zdążył go odebrać, a już Gazeta Wyborcza zdążyła się z nim zapoznać i opublikować materiał w tej kwestii, sędzia Wojciech Łączewski udzielił wywiadu, w sprawie dokładnie tego orzeczenia, Dziennikowi Gazecie Prawnej w dniu... 2 października 2015 r. (vide: materiał). To niespotykane, by w jakimkolwiek demokratycznym państwie prawnym oskarżony dowiadywał się o szczegółach uzasadnienia wyroku w swojej sprawie za pośrednictwem jakichkolwiek mass mediów! Przecież nawet gdyby 3 października 2015 r. pofatygował się do sądu w celu sprawdzenia, czy to, co twierdzi gazeta, polega na prawdzie, zostałby odprawiony z kwitkiem, bo formalnie tego uzasadnienia jeszcze dla niego nie było. Doprawdy nie wiem, jak to komentować!
2. Nie czytałem pełnej treści wywiadu w Dzienniku Gazecie Prawnej, albowiem dostęp do dalszej części materiału jest płatny, ale dla wp.pl wypowiedział się sam Mariusz Kamiński, który podał, że w dalszej części materiału sędzia Wojciech Łączewski stwierdził, iż "Kamiński nie chciał walczyć z korupcją" (vide: materiał). To kolejny skandal, albowiem taka domorosła psychanaliza nie przystoi żadnemu sędziemu. Owszem, sędzia mógł udzielić wywiadu, ale dopiero po dacie 5 października 2015 r., czyli po wysłaniu wyroku oskarżonemu i daniu mu co najmniej 7 dni na zapoznanie się z nim, by mógł rzeczowo odpowiadać na pytania dziennikarzy, a które sędzia Wojciech Łączewski nota bene sam sprowokował. To zadanie jest banalne, albowiem wszelkie dokumenty procesowe doręcza się za zwrotnym potwierdzeniem odbioru, przeto sędzia doskonale wie, kiedy strona je otrzymała. Sędzia Wojciech Łączewski mógłby wtedy powiedzieć np. że "zdaniem sądu Kamiński nie walczył z korupcją" i podać jakieś argumenty. Autorytatywnie stwierdzić zaś, iż "Kamiński czegoś nie chciał" może tylko bóg, chyba że Kamiński sam złożyłby takie wyjaśnienia. Skoro zaś Kamiński takich wyjaśnienień nie złożył, to sędzia Wojciech Łączewski uprawia skandaliczne pustosłowie, działając na granicy pomówienia i naruszenia dóbr osobistych Kamińskiego.
Konkludując, moja wczorajsza, nieśmiała teza, o politycznym charakterze tego wyroku i politycznych motywach działania sędziego Wojciecha Łączewskiego, doznała dziś przeto takiego wzmocnienia, iż graniczy już z pewnością. I nie wierzę w to, że przypadkowo wyrok został wydany i nagłośniony w trakcie kampanii prezydenckiej, zaś jego orzeczenie zostało sporządzone i odpowiednio nagłośnione przypadkowo pół roku później - w trakcie kampanii parlamentarnej.
W związku z powyższym powiedzieć dziś, że polskie sądy to bagno, zaś sędziowie przypominają chłopaczków w krótkich spodenkach, poprzebieranych w dostojne togi, jest wyjątkowo łatwo.


Komentarze
Pokaż komentarze (47)