Szef KOD Mateusz Kijowski jest ciekawą postacią i na pewno zasługuje na uwagę. Na portalu Tomasza Lisa natemat.pl ma swój blog, w którym opublikował ważną notkę pt.: "Moja ulica murem podzielona". W tym miejscu chciałbym prosić ewentualnych komentatorów, by odstąpili od ostrych argumentów natury osobistej ("alimenciarz" itp.) i skoncentrowali się na analizie przesłania Mateusza Kijowskiego. Każdy człowiek ma bowiem prawo błądzić. Ja zaś nie czuję potrzeby rzucania weń kamieniem tylko dlatego, że nie mam podobnego grzechu na sumieniu.
Mateusz Kijowski słusznie zauważa, iż po 1989 roku coś nam nie wyszło. Napisał: "Nie można zbudować społeczeństwa obywatelskiego po jednej stronie ulicy. Bo to z definicji nie będzie społeczeństwo obywatelskie". Pełna zgoda, choć mam wrażenie, iż słyszę śp. Jacka Kuronia, który mawiał bardzo podobnie. Tyle że to m.in. J. Kuroń - mimo wrodzonej wrażliwości społecznej - budował ten mur wzdłuż ulicy, a który obecnie tak bardzo wadzi Mateuszowi Kijowskiemu. No, może Kuroń nie był najważniejszym budowniczym, ale był liczącą się postacią w tej ekipie.
M. Kijowski pisze dalej: "Od początku istnienia Komitetu Obrony Demokracji powtarzamy, że nie jesteśmy przeciwko PiS, nie jesteśmy przeciwko większości parlamentarnej, nie jesteśmy przeciwko nikomu. Jesteśmy przeciwko podziałowi społeczeństwa, przeciwko budowaniu murów, przeciwko podziałom wzdłuż ideologicznie wyznaczonych linii. Jeżeli protestujemy, to protestujemy przeciwko łamaniu prawa, przeciwko tworzeniu i wzmacnianiu podziałów, przeciwko polaryzacji".
Fajnie brzmi, nieprawdaż? Tyle że łamanie prawa, budowanie murów, tworzenie i wzmacnianie podziałów oraz polaryzacje nie rozpoczęły się w listopadzie 2015 roku, gdy powstawał KOD, lecz znacznie wcześniej, bo już na początku lat '90, gdy Kiszczaka z Jaruzelskim zaliczano do grona ludzi honoru. Potem rozdźwięki, podziały i polaryzacje tylko się powiększały. Społeczeństwo czuło się oszukane widząc, jak część elit solidarnościowych dogaduje się z "postępową" częścią środowiska komunistycznego, zawłaszczając coraz to większe połacie Polski i łupiąc tubylców niemiłosiernie. Nie mam zamiaru w krótkiej notce przypominać mnóstwa protestów ulicznych przed i po 2000 roku przeciwko temu stanowi rzeczy.
Gdzie był wtedy Mateusz Kijowski? Do chwili utworzenia KOD pracował w PZPN, ale czy wcześniej nie widział rzeczonych podziałów i różnego rodzaju niesprawiedliwości? Wszak jest człowiekiem świadomym. W 1990 roku był współzałożycielem ROAD (późniejsza Unia Demokratyczna), a następnie pracował także w "Gazecie Wyborczej". Nie może więc udawać, że niebezpieczne podziały społeczne ujawniły się dopiero po wygranej PiS w 2015 roku. Owszem, jazgot tej części sceny politycznej, po której de facto od dawna opowiada się Mateusz Kijowski, obecnie jest niesamowity. Wcześniej go nie było, albowiem strona ta rządziła niepodzielnie, kpiąc i wyszydzając przeciwników. Pan Mateusz wtedy siedział cicho. Nie protestował. Udawał, że nie widzi, jak powstawała pogardzana przez jego część establishmentu grupa "moherów". Dziś wadzą mu zarówno mohery, jak i lemingi, o czym pisze następująco: "Lemingi i Mohery. Lewa strona nigdy się nie budzi. Prawa strona nigdy nie zasypia. A może na odwrót?". Do głowy nie przyszło mu, że nie byłoby "lemingów", gdyby znacznie wcześniej nie było "moherów". R. Cyba też nie wziął się znikąd, ale o tym M. Kijowski już nie napisze, bo nie znajdzie żadnego byłego członka PiS, który zabiłby działacza PO. Woli więc milczeć i udawać, że także w tym zakresie obie strony są winne.
Słusznie pisze M. Kijowski: "Oczywiście nie zgodzimy się nigdy wszyscy co do programów politycznych. Każdy w ramach swojej wolności osobistej ma własne przekonania i oczekiwania". Tyle tylko, że wcześniej stan taki nazywano normalnym. Ot, po prostu, takie są reguły demokracji, czyli swoje idee realizują ci, którzy wygrali wybory. Trudno przeto, by koalicja PO-PSL uwzględniała głos PiS, który był w opozycji. Dziś, gdy role się odwróciły, Mateusz Kijowski zaczął uważać, że to niesprawiedliwe, że strona rządząca powinna rozmawiać z opozycją i wsłuchiwać się w jej głos, bo inaczej dojdzie do dyktatury. Wcześniej - zgodnie z logiką M. Kijowskiego - dyktatura nam nie groziła.
Swój artykuł kończy M. Kijowski szlachetnym wezwaniem: Szanujmy się! Słuchajmy się! Rozmawiajmy! Podpisuję się pod tym obiema rękami, ale z pewnością co innego mam na względzie. PiS ma wpierw obowiązek przywrócić stan równowagi w mediach, wprowadzić stan normalności w wymiarze sprawiedliwości (likwidując m.in. patologie wprowadzone przez korporacje prawnicze) oraz - co najważniejsze - spowodować, by jak największa grupa zdolnych i obrotnych obywateli miała udział w gospodarce, administracji, edukacji itd. Krótko mówiąc - PiS ma obowiązek zapewnić maksymalnie równe szanse, przede wszystkim ludziom młodym. Wtedy, czyli mniej więcej po półtora roku, będzie można pocisnąć PiS w innych sprawach.
Dlatego ja osobiście apeluję do Mateusza Kijowskiego, by przestał mieszać, skoro nie mieszał wcześniej, i dał szansę tym, którzy wygrali wybory. Zawsze rządzący dostawali kredyt zaufania i 100 dni całkowitego spokoju. Teraz nie otrzymali nawet pół godziny. Ba! Bronisław Komorowski zaapelował 25 czerwca 2010 r. o 500 dni spokoju, co spotkało się z całkowitym zrozumieniem z tej właśnie strony, po której tkwi dzisiaj Mateusz Kijowski. Skoro mówicie przeto o równości, dajcie więc PiS-owi też 500 dni spokoju i nie mąćcie!
http://mateuszkijowski.natemat.pl/167103,moja-ulica-murem-podzielona
https://pl.wikipedia.org/wiki/Mateusz_Kijowski
http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/224902,Komorowski-apeluje-o-500-dni-spokoju-Beda-reformy



Komentarze
Pokaż komentarze (128)