Lech Wałęsa był, jest i pozostanie postacią historyczną, ale - jeśli dodatkowo chce zasługiwać na miano bohatera - sam nie może dziwić się z powodu dociekliwości różnych badaczy jego życiorysu. Owszem, wszędzie obowiązuje zasada domniemania niewinności, ale nie słyszałem o zasadzie domniemania bohaterstwa. Nie mam przeto nic przeciwko uznaniu Lecha Wałęsę za polskiego bohatera, ale dopiero po dogłębnym wyjaśnieniu wszelkich wątpliwości dotyczących jego całej działalności w latach 1970-1995.

Oczywiście, dokumenty z szafy Kiszczaka powinny być procesowo zweryfikowane, ale - przynajmniej w tym momencie - nie jest mi znany ani jeden historyk specjalizujący się w badaniu najnowszej historii Polski, który kwestionowałby ich prawdziwość. Nawet prof. Andrzej Friszke - znany obrońca Lecha Wałęsy - całkowicie zmienił front w kwestii jego współpracy z SB.
Najśmieszniejsze są tezy fanów Lecha Wałęsy, jakoby współpraca z SB w latach '70 była tylko epizodem, pozostającym bez wpływu na jego dalszą działalność. Lata prezydentury Lecha Wałęsy wręcz są bowiem skażone "Bolkiem". Odwołanie rządu Olszewskiego w 1992 roku czy wykradzenie w latach 1993-1995 ok. 100 dokumentów źródłowych z teczki "Bolka" w Kancelarii Prezydenta RP świadczą moim zdaniem dobitnie o tym, że Bolek cały czas ścigał Lecha i - niestety dla tego ostatniego - dogonił go w końcówce życia.
O ile łatwo zrozumieć manifestacje KOD w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, o tyle w ogóle nie da się pojąć wczorajszych protestów w obronie Lecha Wałęsy. W żadnej kategorii - ani moralnej, ani społecznej, ani też prawnej. Przed czym bowiem należy bronić Lecha Wałęsę? Przed wyświetleniem prawdy? Oczywiście, można przebrać Jarosława Kaczyńskiego w ubranie Marii Kiszczakowej i dowodzić, jakoby za wszystkim stał PiS - jak twierdzi np. syn Lecha Wałęsy, lecz także przywódcy opozycji. Można też uznać wybranego przez PO szefa IPN Łukasza Kamińskiego za chodzącego na smyczy Jarosława Kaczyńskiego, ale tylko w kategoriach political fiction. Owszem, nie wiemy czy wdowa po Kiszczaku odważyłaby się na wycieczkę do IPN, gdyby rządziła koalicja PO-PSL, ale to nie powód do wyciągania idiotycznych wniosków.
Konkludując, Lech Wałęsa nie ucieknie przed Bolkiem, ani też KOD nie zdoła zakrzyczeć rzeczywistości. Paradoksalnie, KOD maszerując pod hasłem jedności, gra wyłącznie na pogłębienie podziałów społeczeństwie. Nie dziwi mnie to wcale, albowiem z doświadczenia wiem, że - jeżeli w jakąś sprawę angażuje się środowisko byłej Unii Wolności i Gazety Wyborczej - oczekiwać możemy wyłącznie festiwalu hipokryzji.


Komentarze
Pokaż komentarze (28)