Konstytucja RP nigdy nie była doskonałym aktem prawnym, bo taka jej uroda od czasu narodzin. Nigdy też nie było tak napiętego kryzysu wokół jej interpretacji i stosowania. To wszystko powoduje, że za czytanie Konstytucji wzięło się mnóstwo osób - od profesorów nauk prawnych w Polsce po hydraulików w Szwecji. I bardzo dobrze, albowiem do wszystkich dociera świadomość, że Konstytucja musi być napisana językiem precyzyjnym i zrozumiałym nie tylko dla konstytucjonalistów.
Mało kto wie, że w orzeczeniach Trybunału Konstytucyjnego najczęściej stosowaną normą prawną jest art. 2 Konstytucji, a jej brzmienie jest następujące:
Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Nawet dla profesjonalistów powyższy przepis stanowi interpretacyjną studnię bez dna i furtkę dla dowolnych wykładni. Gdzież to bowiem w Konstytucji zdefiniowano pojęcie "demokratyczne państwo prawne"? Nigdzie! A gdzie w Konstytucji wymienione i opisane są "zasady sprawiedliwości społecznej"? Też nigdzie! Skoro tak, to mamy gotową przyczynę pełnej uznaniowości w stosowaniu jednej z najważniejszych norm prawnych.
Przeto niemal w każdym orzeczeniu Trybunał Konstytucyjny powołuje się na kompletnie nieprecyzyjny art. 2 ustawy zasadniczej, którym przez lata zajmowała się przede wszystkim tzw. doktryna, czyli naukowcy. Przez lata poszerzano interpretację tej normy do granic możliwości. Z czasem z art. 2 zrobioną wygodne narzędzie do uzasadniania czegokolwiek, albowiem wszystko da się uzasadnić po doprowadzeniu na odpowiedni poziom abstrakcji. Jedna z metod (a właściwie chwytów) dowodzenia twierdzeń mówi, że należy komplikować zagadnienie do czasu aż najlepszy student (czy inny słuchacz) przestanie ogarniać, o co chodzi. Wtedy można dowodzić już wszystko.
Wiadomo też, iż w razie otwartego sporu w społeczeństwie, konstytucjonaliści najwyżej podzielą się według jakiegoś kryterium i w mediach będą uzasadniali swoje święte racje w zależności od tego, czego i kogo orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego dotyczy. Gawiedzi zaś będą udowadniali, że jeśli nawet wcześniej TK wyrokował ewidentnie inaczej, to po prostu zmieniła się tzw. linia orzecznicza. Jest to kolejna studnia bez dna, z którą mieliśmy do czynienia przy okazji tzw. zabezpieczenia w wykonaniu prezesa Andrzeja Rzeplińskiego. Wcześniej czterokrotnie TK orzekał, że wydanie postanowienia o zabezpieczeniu nie mieści się w jego kompetencjach (kognicji), by w grudniu 2015 r. TK zaprzeczył sam sobie i wydał takowe postanowienie. Ot, po prostu, zmieniamy sobie linię orzeczniczą, bo pojawiła się taka potrzeba - nieważne prawna czy polityczna. Zasada obowiązująca od lat wśród polskich elit prawniczych jest znana i bardzo prosta: "Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?".
Oczywiście są też w Konstytucji przepisy bardzo precyzyjne, które nie budzą wątpliwości, jak na przykład art. 96 ust. 1: Sejm składa się z 460 posłów. Lecz już ustęp następny tak precyzyjny nie jest: Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym. Cóż bowiem oznaczają przymiotniki "bezpośrednie" i "proporcjonalne"? Wyjaśnienia w tej sprawie w ustawie zasadniczej próżno szukać i część prawników oraz polityków kwestionuje fakt, że społeczeństwo głosuje na swoich przedstawicieli przez partie polityczne, a nie bezpośrednio.
Konkludując, w sprawie sporu wokół TK nie ma i nie będzie dobrego rozwiązania. Przyczyna leży zarówno w samej Konstytucji, jak i w rzeszach prawników, którzy drogą interpretacji przez całe lata z łatwością zmieniali jej kształt niczym dziecko ugniatające plastelinę. Teraz zaś burzą się, że ludzie nie chcą oglądać ich wytworów i sięgają do źródła, czyli do samej Konstytucji. Prędzej czy później społeczeństwo, politycy i prawnicy dojdą jednakowoż do wniosku, że bez gruntownej przebudowy ustawy zasadniczej nie obejdzie się. Im szybciej, tym lepiej.


Komentarze
Pokaż komentarze (41)