63 obserwujących
328 notek
621k odsłon
  6526   0

Wywiad z Pawłem Lisickim, red. naczelnym „Rz” i „URze”

Jesteście sprzedani i to kiepsko. Tak powiedział Bronisław Wildstein…

 

Nie wiem, czy jesteśmy kiepsko sprzedani. 51 procent udziałów Presspubliki należących do Mecomu, zostało kupione przez pana Hajdarowicza za 80 milionów złotych. Uważam, że w obecnych warunkach rynkowych to jest całkiem przyzwoita cena. Jeśli pamiętamy, że 49 procent należy do Skarbu Państwa, który wystąpił w październiku ubiegłego roku z pozwem o rozwiązanie spółki, jeśli pamięta się, że jest to wyjątkowo kłopotliwy współwłaściciel - to ja nie chcę tego oceniać czy to jest mało, czy dużo. To jest tyle ile sprawiło, ze Anglicy te udziały sprzedali.

 

Jak wyglądała pana pierwsza rozmowa z Grzegorzem Hajdarowiczem?

 

Rozmowa była spokojna. Pan Hajdarowicz przedstawił coś, co można by nazwać ogólną wizją rozwoju firmy. Mówił dużo o znaczeniu nowych technologii, nowych aplikacji na iPada, o potrzebie przekształcania się prasy tradycyjnej. Była to głównie rozmowa – nazwijmy to –ogólno-zapoznawcza, nie było w niej nic takiego, co warto by było przekazywać albo komentować.

 

Czyli pan Hajdarowicz nie wypowiadał się odnośnie przyszłości obu pism?

 

Ogólnie wypowiadał się w ten sposób, że na razie jeśli chodzi o te pisma, to one pozostają takie jakie są. Mówię tutaj o Rzeczpospolitej i o tygodniku. Ja zresztą nie dziwię się takim wypowiedziom. Wydaje mi się to w jakieś mierze naturalne, to znaczy nie spodziewam się też jakichś innych deklaracji.

 

Czy spodziewa się pan, że nowy właściciel będzie wpływał na linię pism?

 

Od 1993 roku, czyli od kiedy pracuję w Rzeczpospolitej, przeżyliśmy kilku różnych właścicieli prywatnych. Pierwszym była francuska grupa Hersant, potem była norweska grupa Orkla, później był właśnie brytyjski Mecom. Zaletą tych wszystkich wydawców było to, że kierowali się racjonalnym sposobem patrzenia na biznes, czyli interesowały ich zyski, pozycja gazety na rynku, przychody reklamowe, sprzedaż – wszystko to, co sprawia, że produkt jest udany. I tym właściwie odróżniali się od właściciela drugiego, czyli państwowego, gdzie element właśnie takiego politycznego patrzenia, czy się coś dobrze o kimś napisało, czy źle był elementem podstawowym. Moje doświadczenie mówi, że właściciel prywatny, a pan Hajdarowicz jest właśnie właścicielem prywatnym, kieruje się myśleniem racjonalnym i biznesowym.

Oczywiście można powiedzieć, że zdarzały się w przeszłości znane przypadki prywatnych właścicieli pism, którzy popełnili poważne błędy w zarządzaniu. Najbardziej spektakularnym jest historia Nicola Grauso, który praktycznie doprowadził Życie Warszawy na skraj upadku. Drugim przykładem jest Zbigniew Jakubas, który też kupił Życie Warszawy i nie potrafił nim zarządzać. Efekt był taki, że gazeta, która na początku lat dziewięćdziesiątych była jedną z trzech największych w Polsce, praktycznie nie istnieje.

 

Media podały, że bliski biznesowy współpracownik pana Hajdarowicza to były zastępca szefa WSI. Bronisław Komorowski jako minister obrony narodowej wnioskował o nominację generalską dla tej osoby, która miała nawet zostać szefem WSI, tylko ponoć nie zgodził się na to ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski. Jak pan się czuje jako naczelny konserwatywnego dziennika, wiedząc, że współpracownikiem właściciela jest człowiek tajnych służb?

 

U pana Hajdarowicza z pewnością pracują różni ludzie. Natomiast mnie interesuje nie to, jakie osoby zatrudnia, tylko czy są zachowywane standardy jeśli chodzi o stosunki pomiędzy wydawcą a gazetą oraz czy zapewniona jest niezależność redakcyjna w relacji do interesów właściciela.

 

„Chiński mur”…?

 

„Chiński mur” jest rzeczą nieco skompromitowaną, biorąc pod uwagę jak to wyglądało… Przecież interesy wydawcy i interesy redaktorów są tymi samymi interesami. Bo jeśli jest tak, że nie udaje się wspólnie realizować pewnego projektu biznesowego, to i pismo na tym cierpi i wydawca. Pewne rzeczy są również wartościami biznesowymi. Na przykład niezależność dziennikarska czy wiarygodność albo poczucie rzetelności mają nie tylko charakter ideowy, co jest dobre dla opinii publicznej i dla moralności. To jest również korzystne dla wydawcy, ponieważ ta wiarygodność i ta niezależność sprawiają, że pismo jest bardziej prestiżowe dzięki czemu trafia do niego więcej reklam i ma lepsze kontakty na rynku.

 

Dlaczego Marek Magierowski przestał być pana zastępcą?

 

Marek Magierowski nie przestał być moim zastępcą, po prostu zmienił mu się zakres obowiązków. Wszystko co jest związane z tym pytaniem to burza w szklance wody. Miałem sześciu zastępców i biorąc pod uwagę dość trudną sytuację na rynku trzeba było przeprowadzić pewne działania oszczędnościowe, a z tym wiązało się ograniczenie obowiązków niektórych z nich. I tak się też stało.

Lubię to! Skomentuj52 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale