Dziś dzień Wszystkich Świętych, najdziwniejsze i chyba najważniejsze ze świąt. Wiem, są wydarzenia związane z Trybunałem Konstytucyjnym i próbą jego przejęcia przez ryżego folksdojcza udającego premiera naszego kraju. Powiem jedno: nie lękajcie się. Pamiętam komunę. Reżim komunistyczny także miał Sąd Najwyższy, który pełnił także rolę naszego TK, z automatu zatwierdzał wszelkie postanowienia przodującego ustroju. Podstawowa prawda o polityce i politykach: każdy rząd dyktatorki, półdyktatorski czy nawet tzw. demokratyczny – o ile rządzi odpowiednio długo, to jest odpowiednią ilość kadencji – ma za sobą swój, czyli obsadzony przez zaufanych osobników, lub dąży do tego, by mieć tak czy inaczej zwany trybunał konstytucyjny. Takie jest podstawowa cecha polityków: maksymalizacja swej władzy i/lub przedłużenia jej trwania. Rządy upadają w swoim czasie, a te trybunały na smyczy nawet o dzień nie przedłużają ich żywota. W sumie tzw. „walka o praworządność” to bajka dla głupich dzieci. Awantura o TK bierze się z narzucanego nam przez propagandę ostatnich 30 lat dziecinnej i osobliwej wiary w mistyczną moc i wszechmądrość rzekomych „półbogów”: tuzów prawnych, żonglerów paragrafów, pożeraczy kodeksów ubranych w dziwaczne ubrania dla dodania sobie powagi. Stąd mit „praworządności”. Ryży folksdojcz tworzy własny trybunał, by obronić „praworządność”. Nowa władza wykopie tych „nieomylnych mędrców” równie szybko jak uczynili to poprzednicy oczywiście w imię „rządów prawa”. Tak toczy się koło, a „praworządność” zawsze na wierzchu.
Mając do czynienia z prawnikami, pierwsze pytanie jakie trzeba zadać to: kto Panu/Pani płaci? Z tego wynika odpowiedź na pozostałe pytania. Uczciwy prawnik w trybunale jest równie rzadki jak dziewica w burdelu. Cała ta awantura to burza w szklance wody. Tak naprawdę, Herr T. nasz ryży premier, podpalił i puścił z dymem ostatnie resztki III Rzeczypospolitej. Co jest pozytywne, a nie negatywne. Dodatkowo, mając pełne poparcie Unii i Niemiec podcina fundamenty unii europejskiej i fatherlandu, co jest dodatkowym bonusem. Glowa do góry Panie i Panie. Będzie dobrze.
Jakby nie było, dobrze czy źle i tak koniec końców wylądujemy na cmentarzu. Przecież dziś jest dzień Wszystkich Świętych, dzień odwiedzania grobów. Bliskich, krewnych, znajomych, obcych grobów, bohaterów. Postępowi, wykształceni, wiedzący lepiej liberałowie i lewacy wracają właśnie po upojnej nocy halloweenowej jak te zużyte, wytarte ścierki, by się wysypać i wywczasować. Ludzie ciemni, otumanieni i głupi idą na cmentarze. Jak co roku. Pogoda jest dobra, u mnie. Słonecznie i dość ciepło jak na początek listopada. Drzewa pomalowane szeroką paletą barw: od żółci, przez pomarańcze po szerokie pasmo czerwieni. Na płótnie blednącej zieleni. Warto się przejść, pospacerować, odwiedzić groby tych, co odeszli. Spotkać się z nimi choć na chwile, w myślach.
Stara tradycja. W XI księdze Odysei, Odyseusz zstępuje do Hadesu. Nawet Odys, ten twardo stąpający po ziemi podstępny złodziej i rabuś i antybohater musi spotkać się ze zmarłymi w czysto praktycznym celu: liczy, że jeden ze zmarłych, wieszczek Tejrezjasz, wskaże mu drogę do domu, do Itaki. Pośród wielu zamarłych podchodzi cień Achillesa; na uprzejme powitanie Odyseusza wypowiada znane słowa:
„Odysie! Ty chcesz w śmierci znaleźć mi pociechę?
Wolałbym do dzierżawcy iść pod biedną strzechę
Na parobka, i w roli grzebać z ciężkim znojem,
Niż tu panować nad tym cieniów marnych rojem!”
Achilles najdzielniejszy z Greków pod Troją, piękniejszy od niego był tylko Nireus, lecz do boju niezdatny. Same miał Achilles zalety: dzielny, mądry i piękny, świadomy swoich zalet i dlatego toczony dumą i gniewem. Dziś byłby modelem albo gwiazdą ekranu, na pewno celebrytą z milionami fanów. Król życia. Smutne jest życie byłych królów życia w krainie cieni. Ci, co najlepiej żyli, najmocniej też żałują utraconych dni. Jest jednak jakaś sprawiedliwość, jeśli nie na tym, to na tamtym świecie. Celem był Tejrezjasz, wieszczek i z nim się pierwej przemądry Odys przemówił, by mu wskazał drogę od domu. Wniosek z tego, że nawet zimny realista potrzebuje głosu ze świata duchów, by znaleźć drogę i cel w życiu. Inaczej błąka się jak Odyseusz. Co z tego wynika dla ateistów i liberałów? Nic. To tylko bajki lub literatura.
Z perspektywy chrześcijańskiej mamy niebo, piekło i czyściec. Niebo i piekło opuśćmy: nie jesteśmy godni nieba, nie zasłużyliśmy na piekło, mam nadzieję. Zostaje czyściec, który łatwo utożsamić z krainą zmarłych, z Hadesem zza rzeką Styks. Z kim chciałby się spotkać i porozmawiać w tej smutnej krainie? Z kim ja? Trudna sprawa. Byłych „królów życia” warto sobie darować. Nie mają nic do powiedzenia poza żalami, że złote kryto im się skończyło. Podobnie ci, co byli wielcy i sławni, jak królowie czy politycy, ćmiący w sobie swą dawną wspaniałość i znaczenie. Również kobiety, kiedyś tak piękne, lecz bez ukochanego ciała będące cieniem cienia. Z Odysem warto by porozmawiać, sprytny, inteligentny, spostrzegawczy i wiele przeżył. Kto jeszcze? Tantal – sławny złodziej, skazany na męki Tantala, czy Syzyf – bezczelny oszust, równie srogo ukarany przez bogów.
Co z bardziej realnymi osobami? Cóż, tu każdy musi sam w sobie tę problem rozstrzygnąć. Co kto, czy raczej kogo kto woli? Do wyboru, do koloru. Co do mnie? Z kim ja chciałbym się spotkać? Z ojcem? Na pewno. Z matką? Raczej nie. Z siostrą? Tak, chyba. Dlaczego ten a nie inny? To już moje prawo do własnej, małej tajemnicy. Prawo każdego. Bóg wie, ludzie nie muszą wiedzieć. Na spacerze po cmentarzu, który w moim mieście jest wielkim parkiem, świeciło jasne słońce. Postacie w słońcu a za nimi cień. Jest dzień i noc, jest jasność i cień, jest życie i śmierć. A śmierć nie jest zaprzeczaniem czy końcem życia, ale warunkiem życia. Na koniec dla zdeklarowanych ateistów mam kilka wersów z wiersza „Ogród Prozerpiny” (The Garden of Proserpine) autorstwa angielskiego poety Algernona Charlesa Swinburne’a (przekład Wilam Horzyca):
I porzuciwszy gniew, nadzieję, pychę,
Wolni od pragnień i wolni od burz,
Dziękczynnych westchnień ślemy modły ciche,
Ktokolwiek jest tam pośród gwiezdnych głusz,
Za to, że minąć dniom żywota dano,
Za to że nigdy raz zmarli nie wstaną,
i rzek gwałtownych nurt zmącony pianą,
Zawinie kiedyś w głąb wieczystą mórz.
Odyseusz z radością wypowiedziałby te słowa. Nie mam głowy do poezji, ale ten wiersz zapadł mi w pamięć. Według doktryny katolickiej czyściec to tylko przejściowy etap. Poczekalnia, skąd dusze trafiają do nieba czy piekła. Według ateistów po śmierci nie ma nic. Jest tylko spokój wieczystych mórz. Może i tak. Ale śmierci nikt nie zaprzecza, że istnieje. Nie warto przed nią uciekać, ani jej gonić, czy przed nią się ukrywać, ani udawać jak dziecko, że jej nie ma. Ona jest częścią życia, jak cień. Jak nie ma światła bez cienia, tak nie ma życia bez śmierci. Z tej perspektywy polityka, walka o władze, kto bardzie rządził tym czy innym trybunałem, kto kogo posunie, a kto zostanie posunięty, nie ma większego znaczenia. Część życia, zwykłego chaosu i informacyjnego szumu, przykra część, męcząca, jak przymrozki czy jesienna plucha. Jutro dzień zaduszny, święto zwykłych dusz, które niekoniecznie były święte, lecz takie jak my, wcale nieidealne. Lecz także pragną wspominania i pamięci, i rozpamiętania ich często trudnego życia.
Jeśli nie dziś, to jutro, to nasze święto, nie zmarłych, lecz jeszcze żywych. A polityką, głośnymi wydarzeniami za bardzo nie warto się przejmować.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.


Komentarze
Pokaż komentarze