Publicyści Rzeczpospolitej Publicyści Rzeczpospolitej
399
BLOG

Terlikowski: Nadgorliwość gorsza od ...

Publicyści Rzeczpospolitej Publicyści Rzeczpospolitej Polityka Obserwuj notkę 87

Czasami nie wiem śmiać się czy płakać. Jeśli kontrola na lotnisku (krajowym) ma być “przykrością”, za którą przeprowadzający ją pracownicy płacą cenę własnego zatrudnienia - to ja domagam się całkowitego zniesienia wszelkich kontroli w autobusach (jak można podejrzewać, że nie skasowałem biletu - to dla mnie niespotykana obraza), na lotniskach (chyba nie wyglądam na terrorystę), przed wejściem do kin (jest obraźliwa choćby sugestia, że nie zakupiłem biuletów na seans). A jeśli się ich nie znosi (zastrzegam, że uważam, iż słusznie) to kontrola dotyczyć powinna wszystkich. Bez wyjątków związanych choćby ze statusem kościelnym.

Kontrolowany na lotnisku może być zatem zarówno Prymas Polski, jak i metropolita prawosławny Warszawy i całej Polski czy pastor zielonoświątkowy ze Świdwina (ukłony dla niego). Tak samo jak wszyscy inni są oni bowiem obywatelami Polski, a sutanna (riasa czy pastorski krawacik) nie powinny czynić ich równiejszymi od innych. I tylko szkoda, że tej podstawowej - wydawałoby się prawdy - nie rozumie dyrekcja lotniska ze Szczecina oraz politycy, którzy wywołali skandal związany ze skontrolowaniem na lotnisku Prymasa. Argument, że pracownik lotniska podszedł bezkrytycznie do obowiązującego prawa narażając ogólnie znanego i szanowanego ks. prymasa na przykrość - trudno traktować inaczej, niż jako mydlenie oczu i nie do końca otwarte sugerowanie, że w Polsce wprawdzie wszyscy są równi wobec prawa, ale są też równiejsi.

Interesujące wydaje się także ustalenie, skąd przekonanie, że Prymas nie powinien być kontrolowany, tak jak inni pasażerowie. Jeśli nie wynika ono z prawa, to jego źródłem może być fałszywa sakralizacja osób duchownych. Jej najlepszym przykładem jest anegdotka, którą z upodobaniem opowiadają sobie duchowni. Na lekcji religii dziecko pyta się katechetki: proszę pani, czy księża siusiają. A ta, żeby nie urazić uczuć religijnych dziecka, a jednocześnie nie bardzo skłamać odpowiada: tak, ale troszkę mniej. I to “troszę mniej” przechodzi na życie dorosłe w postaci “trochę więcej”. Księżom więc wolno trochę więcej, trochę więcej im uchodzi, może nie w życiu osobistym, bo tu zawsze są na świeczniku, ale w egzekwowaniu wobec nich tego samego prawa, co zwykle.

Byłoby jednak fałszem uznanie, że bierze się to tylko z wychowania. Niestety stoi za tym również polityczne wyrachowanie. Polityk, który broni księdza przed egzekwowaniem wobec niego normalnego prawa może potem z dumą wypinać pierś oczekując pochwały od Kościoła, którego przecież bronił (co z tego, że bez sensu, logiki i zdrowego rozsądku). Gdyby zaś, przypadkiem przypomniał, że prawo obowiązuje wszystkich bez względu na święcenia, wówczas od razu awansowałby do ligi osobistych wrogów Kościoła i hierarchii, a może nawet polskiej tradycji. Dlatego “obrona Prymasa” (podjęta wbrew jego woli, o czym warto pamiętać) przed kontrolą będzie wciąż podejmowana. Podobnie jak obrona hierarchów i zwyczajnych księży przed prawnymi konsekwencjami ich działań. Tyle tylko, że służyć ona będzie nie Kościołowi, a politykom. Kościół zaś może na tym wyłącznie stracić.

I rozumie to chyba doskonale sam Prymas Polski, który nie tylko nie poczuł się urażony rutynową kontrolą, ale wręcz zdziwiony jest lawiną wydarzeń, jakie wywołała cała sytuacja. Szkoda, że nie rozumieją tego Joachim Brudziński, który miał wywołać całą akcję jednym telefonem, czy dyrekcja portu lotniczego, która doprowadziła do zwolnienia dwóch osób tylko dlatego, że wykonywały one przepisy prawne. Nie jest to droga ani do budowania szacunku dla Kościoła, ani szacunku wobec prawa.

Tomasz P. Terlikowski

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (87)

Inne tematy w dziale Polityka