Naczytałem się o Polsce w prasie zachodniej w ostatnich miesiącach, oj naczytałem – do syta. Ale dopiero dzisiaj natrafiłem na coś naprawdę niezwykłego. Na tekst, który zasługuje na miano perły w koronie wszystkich bzdurnych artykułów, które powstały w tym i ubiegłym roku na temat rządów braci Kaczyńskich.
By jednak utrzymać napięcie, pozwolę sobie najpierw na kilka słów wprowadzenia. Stwierdzam z wielkim smutkiem, że zarówno premier, jak i prezydent często, zbyt często inspirowali europejskich dziennikarzy do pisania różnych niestworzonych historii na temat tego, co dzieje się w Polsce. Największym grzechem okazało się przyjęcie do rządu Ligi Polskich Rodzin i Romana Giertycha jako wicepremiera. Do dziś w większości relacji znad Wisły w prasie hiszpańskiej czy włoskiej wspomina się (w kontekście „homofobicznej atmosfery w katolickim społeczeństwie”), słynną historię torebki Tinky Winky i propozycję wyrzucenia ze szkół nauczycieli-homoseksualistów. Wiele tekstów wywoływało u czytelników wrażenie, że Kaczyńscy nie zajmują się niczym innym, jak tylko prześladowaniem gejów i lesbijek.
Kolejnym bohaterem zachodnich mediów był padre Rydzyk, opisywany jako wściekły antysemita, którego słuchają z uwagą miliony Polaków. Niestety, także w tym wypadku, premier Kaczyński, utrzymujący bliskie stosunki z toruńskim redemptorystą, nie jest bez winy.
Zdarzały się oczywiście teksty, w których nienawiść do Kaczyńskich i PiS-u sączyła się z każdego zdania, a żółć zalewała klawiaturę piszącego – w tej kategorii niedościgniony jest pamiętny „nekrolog” Andrzeja Rybaka w Financial Times Deutschland.
Natrafiałem też na różne śmieszne nadinterpretacje, jak np. wyczytany na jakimś blogu pewnego katalońskiego dziennikarza passus o tym, że rząd Marcinkiewicza „wszystkie oficjalne komunikaty wysyła najpierw do mediów ojca Rydzyka”. Nasz niezbyt rozgarnięty Katalończyk zapewne usłyszał gdzieś coś od kogoś na temat podpisywania umowy koalicyjnej przed kamerami telewizji Trwam, po czym zgrabnie dobudował resztę teorii spiskowej.
I tak oto zmierzamy do finałowych fanfar. Sięgam oto do tekstu niejakiego Michela Colomesa, publicysty dużego francuskiego tygodnika Le Point. Zaintrygował mnie niebanalny tytułu: „Jak Polacy pokazali, iż nie należy obrażać historii”. I znajduję w tym artykule jeszcze bardziej intrygujące wyjaśnienie porażki PiS w ostatnich wyborach.
Idzie to mniej więcej tak: niedawno odnaleziono w Warszawie szczątki latającej fortecy, pilotowanej w czasie Powstania Warszawskiego przez Brytyjczyków i Kanadyjczyków. Dokładnie na tydzień przed wyborami premier Kaczyński (określany jako ultraconservateur) zorganizował uroczystość, na której miał owych pilotów uhonorować, ale postanowił zamienić ją w nacjonalistyczny seans nienawiści, podczas którego mowił o barbarzyństwie Niemców, cynizmie Rosjan i tchórzostwie Europy Zachodniej. Zdaniem Colomesa na tych właśnie wątkach przez wiele tygodni opierała się „nienawistna i demagogiczna” kampania PiS.
Na szczęście Colomes znajduje duchowe ukojenie w fakcie, że Polacy odsunęli PiS od władzy, „nie zgadzając się na taką instrumentalizację własnej historii”.
No, wszystko jasne. 400 tysięcy czytelników Le Point wreszcie dowie się czegoś ciekawego o naszym kraju.
CZY KTOŚ JEST W STANIE MI WYJAŚNIĆ, O CO CHODZI PANU COLOMESOWI?
Czy ktoś jest w stanie przewidzieć, co jeszcze przeczytamy w poczytnych francuskich magazynach na temat braci Kaczyńskich? Czy w przypadku autora tekstu w Le Point mamy do czynienia z cynicznym kłamcą? A może ze skończonym leniem, któremu nie chciało się sprawdzić kilku faktów. A może po prostu z nieukiem, który wie o Polsce mniej więcej tyle co ja o Bhutanie? (ale ja nie mam aż tyle tupetu, żeby uprawiać publicystykę na temat Bhutanu).
I jeszcze jedno pytanie-konkurs: które polskie medium zacytuje jako pierwsze fragment komentarza „wybitnego francuskiego publicysty jednego z najpoważniejszych francuskich pism” jako kolejny dowód na to, jak bardzo Kaczory popsuły nam wizerunek na Zachodzie?
Marek Magierowski



Komentarze
Pokaż komentarze (48)