Świętość i męczeństwo - wbrew powszechnej opinii - może być zupełnie zwyczajne. Męczennicy nie są fanatykami, którzy dla idei wysadzają się w powietrze albo skazują innych na męczarnie, by wreszcie sami oddać życie w lepszej sprawie. Nie, to zwyczajni ludzie, którzy w pewnym momencie swojego życia musieli zdecydować: co jest dla nich ważniejsze Jezus Chrystus czy polityczne, publicystyczne, a nawet życiowe interesy. I ich wybór był jednoznaczny: wbrew wszystkiemu i wszystkim wybieramy Chrystusa. Ale wybór ten nie czynił ich innymi. Jak każdy mieli swoje miłości, życiowe zadania, plany i słabostki. Byli tak samo zwyczajni, a jednocześnie potrafili powiedzieć TAK, gdy inni odmawiali odpowiedzi albo uciekali przed nią.
O tej zwyczajności męczenników, ich ludzkim obliczu - często się zapomina. Dlatego dobrze, że hiszpańscy biskupi zdecydowali się udostępnić list, jaki 21-latek Bartolomé Blanco Márquez napisał do swojej dziewczyny. List ten, w zasadzie zwyczajny, pełen wyrazów miłości nie jest jednak zwyczajny, bo napisany został w przeddzień wyroku śmierci, na jaką hiszpańscy rewolucjoniści skazano chłopaka za działalności w Akcji Katolickiej i Syndykatach Katolickich. List z więzienia przepojony jest więc nie tylko miłością i zakochaniem, ale również świadomością śmierci. Nieuchronnego rozstania.
List napisane 1 października 1936 roku to zatem pożegnanie z miłością swojego życia. Pożegnanie, ale nie na zawsze. Chłopak prosi, błaga dziewczynę, by o nim pamiętała i zapewnia o tym, że on również nie zapomni, i że ich miłość wypełni się w wieczności. "Do zobaczenia w wieczności, gdzie będziemy mogli kontynuować naszą miłość do siebie w życiu wiecznym" - napisał Bartolomé Blanco Márquez. A wcześniej prosił swoją ukochaną, by "była mocna" i zaczęła nowe życie już bez niego, ale zawsze pamiętając o jego wsparciu. By próbowała być "wzorcową chrześcijańską kobietą.
Jednym słowem zwyczajne ludzkie zakochanie, jakich zapewne wiele, a jednocześnie wielka prawda spotkania i miłości, której nie może przerwać i zakończyć nawet śmierć, bowiem w wieczności oczekuje ich "ponowne zjednoczenie" - jak napisał męczennik, wyniesiony ostatnio na ółtarze. Miłość, która nie obawia się śmierci, ale w której nie ma fanatyzmu, wykluczenia i niechęci do świata. Przeciwnie miłość, która prowadzi chłopaka do męczeństwa, w świadomości, że niewierność Chrystusowi może w jego życiu zaowocować tylko niewiernością "najdroższej Maruji".
I dzięki temu ten list mężczyzny, któremu nie dane było wypełnić swojego życia w małżeństwie z kobietą, którą kochał, staje się swoistą ikoną życia małżeńskiego, drogowskazem dla innych, którzy nie stanęli wobec jego wyborów. Świadomość tego, że miłość małżeńska jest swoistym męczeństwem (nawet jeśli na"pluszowym krzyżem), wyrzeczeniem, ale i wybieraniem wciąż na nowo Chrystusa w Drugim Człowieku (żonie, dzieciach, rodzicach) stoi bowiem w centrum tego krótkiego tekstu. A jeszcze mocniej prześwieca z niego świadomość, że ten wybór dokonuje się nie w jakimś wyidealizowanym świecie bez ziemskich zobowiązań, ale w życiowej normalności, codzienności, zwyczajności. W liście chłopaka do dziewczyny, niekoniecznie pisanym z celi śmierci.
Tomasz P. Terlikowski



Komentarze
Pokaż komentarze (24)