I znowu media mają temat: czy w Kościele katolickim zniesiony zostanie obowiązkowy celibat duchownych? Powodem jest gazetowa wypowiedź emerytowanego szefa Papieskiej Rady Iustitia et Pax i bliskiego współpracownika Jana Pawła II kard. Rogera Etchegeraya. W wywiadzie dla dziennika "La Stampa" duchowny ten wyraził opinię, że "można dyskutować" o zniesieniu obowiązku celibatu. Modelem miałby być Kościół wschodni (także unicki), w którym prezbiterzy mogą zdecydować się na małżeństwo, a celibat obowiązuje jedynie biskupów (stąd najczęściej wywodzą sie oni ze środowisk mniszych).
Ta ostrożna wypowiedź, w zasadzie nic nie zmieniająca - bowiem dyskusja o celibacie toczy się w Kościele rzymskokatolickim od zawsze, z mniejszym lub większym natężeniem - według rozmaitych komentatorów ma "budzić nadzieję". Nadzieję na co? Czyżby dziennikarze "La Stampy" pragnęli zostać prezbiterami? A może nadzieja związana jest z wiarą, że zniesienie celibatu oznaczać będzie liberalizację doktryny, początek dalszych zmian i umożliwi dowodzenie, że Kościół zmienia się nieustannie?
Jakie były intencje dziennikarzy nie wiem. Ale wiem jedno: zmiana prawa dotyczącego obowiązkowego celibatu dla kapłanów rytu łacińskiego (z możliwością dyspensy dla duchownych konwertytów z anglikanizmu czy luteranizmu) nie będzie oznaczała ani liberalizacji ani zmiany doktryny. Obowiązkowy celibat, choć ściśle związany z duchowością łacińską, nigdy nie był traktowany jako doktrynalny, a zawsze traktowano go jako zasadę prawną. Korzystną, pomagającą w życiu i usprawniającą działanie, a także ściśle związaną z duchowością kapłańską.
Wiem też, że zniesienie celibatu, choć na krótką metę może rozwiązać pewne problemy, zrodzi nowe. Rozwody duchownych, ogromne problemy małżonek księży czy syndrom dziecka duchownego. Aby zobaczyć, że tak celibat jak i jego brak rodzi problemy wystarczy przyjrzeć się życiu duchownych prawosławnych, anglikańskich czy starokatolickich. We wszystkich tych wspólnotach, tak jak w Kościele rzymskokatolickim istnieją skandale seksualne, każde z nich boryka się z problemami powołaniowymi i próbuje budować tożsamość duchownych. Jedne problemy zostaną więc zastąpione przez inne. I w istocie nic się nie zmienia.
A wszystko dlatego, że prawdziwym problemem (w Europie, bo Afryka to już problem odmienny) nie jest celibat lub jego brak, a postępujący kryzys tożsamości kapłańskiej. Stary model powoli dobiega końca, nowy wciąż się kształtuje. I nie ma co liczyć na to, że radykalna zmiana dotychczasowego modelu kapłaństwa łacińskiego, które związane jest z celibatem pomoże ten nowy model wypracować szybciej. Rewolucja jest dobra do zniszczenia tego, co stare, ale nie buduje zazwyczaj nic nowego. I podobnie będzie ze zniesieniem celibatu. Decyzja taka pogrzebie resztki dawnej duchowości kapłańskiej nie proponując nic w zamian.
O celibacie więc warto rozmawiać, warto pokazywać inne modele czy zastanawiać się na ich wprowadzaniem. Ale... nie warto się spieszyć z decyzjami. Zanim one zapadną warto skupić się raczej na przezwyciężeniu ogólniejszego kryzysu tożsamościowego (obecnego zresztą w wielu Kościołach i wspólnotach). A tak się składa, że jak dotąd lekarstwem na każdy kryzys nie było ułatwianie życia, rezygnowanie z ograniczeń czy odrzucanie tradycji, ale powrót do niej. I mam wrażenie, że podobnie musi być teraz. Zamiast zatem debatować nad "nadziejami" jakie rodzą wypowiedzi hierarchów na temat celibatu, warto zacząć wypatrywać nowych Bernardów, Benedyktów, Franciszków, Dominików, Ignacych i Janów Vianey. I modlić się o nich. To oni, a nie publicystyczne i teologiczne debaty nad sensownością celibatu, odnowić bowiem mogą Kościół i sprawić, że powołania przestaną być już problemem.
Tomasz P. Terlikowski



Komentarze
Pokaż komentarze (27)