W Lizbonie wylądował właśnie samolot z szacownym gościem, prezydentem Zimbabwe Robertem Mugabe. Przywódca tego kwitnącego afrykańskiego kraju, znanego z zaangażowania na rzecz szerzenia demokracji na Czarnym Lądzie, weźmie udział w szczycie Unia-Afryka, na zaproszenie premiera Portugalii Jose Socratesa.
Na znak protestu udziału w szczycie odmówił Gordon Brown, premier Wielkiej Brytanii. Kłaniam mu się niniejszym głęboko. Inni przywódcy państw Unii uznali, że Mugabe im nie przeszkadza.
Prawa człowieka prawami człowieka. A interesy interesami. Europejscy politycy, przerażeni niepowstrzymaną ekspansją w Afryce firm chińskich, nie mogą przecież narażać się na gniew kolegów z Kamerunu, Mali czy Gabonu. Zbyt dużo kopalni zostało jeszcze do przejęcia, zbyt wiele kilometrów wodociągów do położenia i całkiem sporo sieci telefonicznych do zainstalowania.
Angela Merkel spotkała się niedawno z Dalajlamą, doprowadzając do kryzysu nie tylko w stosunkach z Chinami, ale też wewnątrz własnej koalicji rządowej. Po tym incydencie jej śmiałość najwyraźniej przygasła, bo w przeciwieństwie do Brytyjczyków potwierdziła swój udział w lizbońskim spotkaniu. „Nie możemy stać się zakładnikami wydarzeń w Zimbabwe” – stwierdził jeden z jej współpracowników.
Rząd Wielkiej Brytanii bodaj jako jedyny w Europie trzyma się (choć nie zawsze) zasady „moralnej dyplomacji”. To m.in. z tego powodu Tony Blair przyłączył się do amerykańskiej wojny w Iraku. Zapłacił za to wysoką cenę.
W dzisiejszej Europie moralne jest przyjmowanie na salonach afrykańskich zbrodniarzy, niemoralne zaś obalanie zbrodniarzy bliskowschodnich.
Marek Magierowski



Komentarze
Pokaż komentarze (21)