Rano sprzątanie, potem zakup choinki, jej ubieranie (przy okazji sprawdzania lampek wysadziło korki na klatce). Teraz chwila przerwy, a potem po biegiem po ostatnie zakupy. Święta zbliżają się wielkimi krokami, a przedświąteczne zabieganie skłania do narzekania na to, że przygotowanie przesłania nam święta. Ale ja nie o tym. Bo w odróżnieniu od wielu malkontentów mam poczucie, że i w tym zabieganiu, w pośpiechu odnaleźć można to, co rzeczywiście ważne. A nawet więcej mam poczucie, że niewiele jest dni w roku, które jak ostatnie dni adwentu uświadamiają nam czym jest nasze życie.
Dni przed Bożym Narodzeniem to bowiem okres, w których codzienność, zwyczajność jest bardzo nasycona religią. Tą objawioną w Chrystusie, ale też w nie mniejszym stopniu tą, którą otrzymaliśmy z objawieniem naturalnym, poprzez samo istnienie rodziny. Ubieranie choinki, pieczenie ciasta, ustawianie niewielkiej domowej szopki, kupowanie prezentów - wszystko nabiera znaczenia niejako mistycznie adwentowego. Bo nie ma chyba dni w roku, w których lepiej czułoby się, jak bardzo nasze życie jest adwentem. Całe to nasze zabieganie ma przecież jeden cel - piękne spędzenie świąt. I podobnie jest z naszym życiem: biegamy, zabiegamy, pomagamy sobie wzajemnie, kochamy i jesteśmy kochani, nie starcza nam czasu i umiejętności, ale walczymy - po to, by kiedyś tam po drugiej stronie odebrać nagrodę za dobry wyścig, spotkać się z Bogiem, ale i z tymi, dla których (także) stawiamy puste nakrycie na wigilijnym stole.
Ten przedświąteczny okres ma również ten wymiar, że przypomina nam także o tych, którzy przeszli na drugą stronę. Bo przecież wspominamy, jak wyglądały nasze Boże Narodzenia kiedyś, kiedy babcia i dziadek przygotowywali je po swojemu, i myślimy, że nasze nigdy nie będą takie. A niekiedy te wspomnienia są o wiele bliższe, bo zastanawiamy się nad tym, czego nie zdążyliśmy powiedzieć ubiegłej Wigilii licząc, że jest jeszcze tyle czasu, że zdążymy. I nie zdążyliśmy, bo życie zabrało ich niekiedy na kilkanaście dni przed świętami. Trudno uciec od tych wszystkich ludzi, szczególnie, gdy człowiek szykuje się do odczytywania fragmentów Ewangelii. Tam przecież jest nie tylko opowieść o narodzinach, ale także o przodkach Jezusa, o tych, którzy sprawili, że jako człowiek pochodził On z domu i rodu Dawida. Tak jak my pochodzimy z konkretnych domów i konkretnych rodów, o czym te święta także nam przypominają.
Ale przygotowania do świąt przypominają nam również o tym, jak bardzo zmieniają nasz świat dzieci. Całe przygotowania, cała mistyka świąt, bierze w łeb, gdy nie ma się nimi z kim podzielić. A tym kimś, kto dla tych świąt jest jakby stworzony są dzieci. Bez ich obecności Boże Narodzenie traci blask codzienności, staje się ważnym świętem religijnym, ale pozbawionym tego, co stanowi o jego wyjątkowości. I przygotowania też jakoś o tym przypominają. Nie ma to, jak ubierać choinkę z dziećmi. Dopiero wtedy człowiek przypomina sobie, co mówił mu jego tata i mama przy ubieraniu, wspomina dawno już stłuczone bombki i widzi, jak ważna jest wspólnota pokoleń, przekazywanie tradycji, ale i podtrzymywanie jej. Ostatnie dni adwentu i późniejsze święta pokazują, że bez ojców i matek bylibyśmy nikim, i niejako odwołują się do potrzeby przekazania tego, co sami otrzymaliśmy.
I to także jest lekcja teologii, bowiem w ten sposób dostrzegamy, czym jest Komunia Świętych, na czym ona polega, i jak dokonywać się może w wymiarze już nie tylko ludzkim, ale i eschatologicznym. Dlatego wbrew malkontentom warto zanurzyć się w wir przedświątecznych przygotowań. Bo także one, a nie tylko same święta, uczą nas czegoś o naszym życiu. I przygotowują na nasze narodzenie dla Boga i Wieczności.
Tomasz P. Terlikowski



Komentarze
Pokaż komentarze (56)