Wybór na prezydenta osoby, która nie wyznaje teorii ewolucji może doprowadzić nasz naród do ruiny - uważa genetyk Gilbert Omenn z Uniwersytetu w Michigan. W ten sposób odniósł się on do kandydatury Mike Huckabee'go, który jako jedyny z wiodących kandydatów na prezydenta przyznaje, że nie jest zwolennikiem teorii ewolucji (a przynajmniej pewnej jej interpretacji).
- Jeśli chcecie werzyć, że wy i wasze rodziny pochodzicie od małp, to ja to akceptuję. Ale ja sam wierzę w proces kreacji - podkreślał Huckabee podczas majowej debaty na temat ewolucji. Jednocześnie zastrzegł, że nie domaga się obowiązkowego wprowadzenia kreacjonizmu (jako uzupełnienia ewolucjonizmu) do szkół publicznych, ale nie chciałby, aby w szkołach istniała tylko jedna, obowiązkowa teoria, przy wykluczeniu wszystkich innych. - Nie powinniśmy indoktrynować dzieci w szkołach - powiedział. To stanowisko wywołało przerażenie Omenna. - Logika, która prowadzi nas do przyjęcia ewolucji jako faktu jest taka sama, jak ta, która prowadzi nas do uznania, że palenie jest hazardem uprawianym z własnym zdrowiem oraz to, że posiadanie przez nas poważnej polityki energetycznej jest istotne dla globalnego ocieplenia - grzmiał Omenn podczas spotkania będącego promocją jego własnej książki poświęconej zwalczaniu kreacjonizmu. - Obawiam się, że prezydent, który nie wierzy w argumenty za ewolucją może nie uwierzyć także w te pozostałe. A to jest droga prowadzące nasze państwo do ruiny - uzupełnił genetyk. Jednym słowem wiara w nawet niedowiedzione (a tak jest jednak z globalnym ociepleniem, które jest także pewną teorią) twierdzenia naukowców jest podstawą jeśli nie zbawienia, to przynajmniej prawa uczestnictwa w polityce. Ci, którzy nie złożą stosownego wyznania wiary powinni być z niej wykluczeni.
I choć moje poglądy na teorie ewolucji czy możliwość pogodzenia ewolucjonizmu i kreacjonizmu różnią się od poglądów Huckabeego, to ja również mogę złożyć pewne wyznanie niewiary i powiedzieć, że "nie wierzę w Ewolucję jako stworzycielkę nieba i ziemi". Tak wiem, że już samo to, co napisałem stawia mnie poza nawiasem debaty. Ktoś, kto nie jest wyznawcą jedynie słusznej intepretacji (Richarda Dawkinsa), jedynie słusznej teorii ewolucji (cokolwiek ma ona znaczyć) jest od razu uznawany za wierzącego w Smoki Wawelskie i inne stwory. Ale napisałem to świadomie, choć wcale nie podważam tego, że teoria (no właśnie teoria) ewolucji jest - jak dotąd najlepszym wyjaśnieniem - tego, skąd wzięło się tak wiele i tak różnorodnych gatunków zwierząt. I tyle. Nic więcej. Teoria ewolucji dowodzi tylko tyle, że jednym z powodów (ale dlaczego jedynym) powstania różnorodności gatunkowej są zmiany genetyczne, dobór naturalny i przetrwanie najlepiej przystosowanych do warunków przyrodniczych.
Nie ma zatem mowy w teorii ewolucji o tym, że cały ten proces jest czysto przypadkowy, pozbawiony elementu celowości (bo i skąd mielibyśmy to wiedzieć?), nie odnosi się ona do istnienia bądź nieistnienia Boga, ani stanowi potwierdzenia jakiejś formy ateizmu. Wszystkie te elementy są wobec niej zewnętrzne (choć niewątpliwie wielu ewolucjonistów się z nimi zgadza), doczepione światopoglądowo, a nie wyprowadzone z analizy faktów empirycznych. Stanowią one swego rodzaju wiarę, czy dokładniej antywiarę, skierowaną przeciwko wierze Żydów, chrześcijan i muzułmanów, wyznających, że świat został stworzony (być może w procesie ewolucji) przez Boga.
To, że wyznawcy teorii ewolucji (a nie jest to grupa tożsama z tymi, którzy przyjmują, że jest ona po prostu najlepszą z dotychczasowych teorii czy nawet pewnym paradygmatem myślenia biologicznego) nie traktują swojej wiary jako elementu nauki najlepiej pokazują ich reakcje na wszelkie próby kwestionowania tej teoretycznej struktury naukowej. Reakcją nieodmiennie jest wściekłość, porównywanie kreacjonistów do wyznawców astrologii czy medycyny alternatywnej i postulat wykluczenia ich badań z przestrzeni debaty publicznejn i naukowej. A przecież od momentu ukształtowania się współczesnej nauki, to właśnie negacja dotychczasowych "prawd" stanowiła motor postępu współczesnej nauki. Dlaczego w tym przypadku ma być inaczej? Bo ateistyczna intepretacja teorii ewolucji (a możliwa jest przecież także intepretacja teistyczna czy kreacjonistyczna) z nauką ma już niewiele wspólnego. Jest ona bronią radykalnych ateistów, a nie przedmiotem spokojnej analizy naukowej.
I tak również warto się spojrzeć na spór wokół ewolucji, który toczy się w Stanach Zjednoczonych. Jest to starcie wiar, a nie konflikt wiary i nauki.
Tomasz P. Terlikowski



Komentarze
Pokaż komentarze (185)