138 obserwujących
167 notek
1300k odsłon
  4123   0

John Sack, Mąka, Łuszczyna i NKWD czyli kto męczył Niemców po wojnie.

 A Weisblatt zaoferował „posag” spłukanemu lordowi 500 funtów gotówką ( dzisiaj ok. 20 tysięcy) za ślub z panną Malwinką. I takim sposobem panna została nagle Lady Howard of Effingham  i miała wejścia na wszystkie lancze, koktajl party w najlepszym towarzystwie. Ale był to już rok 1940 i MI5 miało oko na pana Weisblatta i jego czarodziejkę, która podobno udzielała się również erotycznie w kręgach politycznych. Skończyło się na 3 miesiącach więzienia dla Lady Effingham ( Biała Rosjanka pani Wolkoff miała gorzej bo załapała się na 10 lat odsiadki) a Lord się zbiesił i rozwiódł już w 1946. Bo się okazało, że MI5 było prawie pewne, że Weisblatt był sowieckim szpiegiem a i z Gestapo miał kontakty, podobnie jak pani Malwina, która odwiedzała sowieckiego ambasadora.  Po wojnie pani Malwina zwiała do Australii a dane niejakiego Edwarda Stalislasa Weisblatta można znaleźć w bazach danych urzędów imigracyjnych Brazylii. Bo on miał żonę i dzieci ten Weisblatt, podobno Rosjankę.
Mamy więc i „Polskę” i „zimną Polskę”, która w dodatku „zmieniła świat”. Wspólnie z handlarzem broni, sowieckim wywiadem i Gestapo.

Najbardziej po bandzie autor pojechał sugerując, że pani Sapieżyna z domu Zdziechowska, której ojciec w czasie wojny przebywał w Londynie w ekipie Sikorskiego – w czasie pobytu w Rzymie załapała się na audiencję u Papieża Piusa XII i go „nauczała o potrzebie pomocy Żydom”, co to on się strasznie uchylał przed tym chrześcijańskim obowiązkiem. Biorąc pod uwagę, że pani Sapieżyna zwiała z Polski zaleszczycką szosą i utknęła w czasie wojny we  Francji i jedyną jej obsesją tej epoki było odzyskanie biżuterii, którą członek rodziny zdeponował gdzieś we Włoszech, to ten rzewny opis „Maty Hari” robi wręcz żałosne wrażenie. Ale wciśnięcie ataku na Papieża Piusa XII w książce skierowanej do absolwentek nowej niestresującej matury może się okazać bardzo efektywnym i tanim zabiegiem.

Ponieważ książka jest w twardej okładce i miłym zdjęciem, można ją podarować komuś, kogo się zwyczajnie bardzo nie lubi. To porada pewnego internauty a ja ją popieram.
Ale za to jakie fantastyczne recenzje ten kicz dostał i od Newsweeka i od Wirtulanej Polski (a może Wirtualnej Polonii).

W ślad za tym dziełem Wydawnictwo Naukowe PWN wydało w 2014 r. książkę pana Łuszczyny pt. „Zimne. Polki które nazwano zbrodniarkami”. W tym przypadku zabieg był jeszcze prostszy. Jest to 5 historii wybranych wg jakiejś reguły znanej autorowi i paniom redaktorkom z PWN. Reguły dość czytelnej: jedna „Luna Brystygierowa, która torturowała ale się nawróciła na gorącą katoliczkę”, jedna Polka „co wydała żydowską rodzinę ze strachu” i jedna dzieweczka, co mamusię pokroiła na kawałki, bo ją denerwowała. Do tego jeszcze ofiara gwałtu zbiorowego  w wykonaniu jakiegoś oddziału Dirlewangera, która odczekała 16 lat aby dokonać zemsty.
Jak więc widać, wysokiej rangi funkcjonariusza UB i prawdopodobnie obywatelka ZSRR od 1939 r. ( akcja paszportowa na terenach  II RP  zaanektowanych przez ZSRR) oraz Żydówka z pochodzenia i donosicielka a może i funkcjonariuszka NKWD – została po raz kolejny „zaawansowana” nie tylko na Polkę ale nawet na katoliczkę. A obok postawiono Polski – jakieś kryminalistki, które zdarzają się z każdym społeczeństwie. I teraz ta manipulacja „które nazwano zbrodniarkami”. To znaczy, że one nimi NIE były? A zwłaszcza zapewne Brystygierowa NIE była, tylko „ją tak nazwano”.  
Recenzje już spokojniejsze, bo dzieło szyte grubym szpagatem.

No i trzecia część „trylogii Łuszczyny” czyli „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” wydana przez niezawodne wydawnictwo Znak Horyzont w 2016 r.

Ogólne przesłanie jest proste bo autor w trakcie wielu wywiadów powtarza je jak mantrę: po II WW dawne niemieckie obozy zostały przejęte przez polskie władze, „więc są polskie”. W dodatku oskarżenia Polaków, że obozy były prowadzone głównie przez Żydów to jawne kłamstwo, bowiem Polacy potrafią wymienić tylko jednego Salomona Morela a przecież był taki Gębarski.
A ogólnie było -207 obozów „polskich”, w których Polacy zamęczyli biednych Niemców, Ślązaków i Ukraińców. I autor łaskawie dodaje, że też „Żołnierzy AK”. Czyli chyba Polaków.  
Pan Łuszczyna otwarcie atakuje IPN twierdząc, że sam się musiał przebijać przez kwity w archiwach powiatowych czy jakoś tak.  I powtarza starą śpiewkę, że „w Warszawie był polski rząd”, więc te „obozy były polskie” i „on się po prostu wstydzi za Polaków”, którzy te obozy koncentracyjne dla Niemców prowadzili a przecież tam było tyle niewinnych osób.  W sumie pan Łuszczyna okazuje się człowiekiem więcej niż dokładnym „na odcinku polskiej zbrodni” kiedy jakoby przeprowadza wywiad z jednym starym ubekiem Pawłem Mąką, Żydem z Będzina, który  jakoby miał potworne przejścia z Polakami przed wojną ( urodził się w 1930 r) a konkretnie w szkole, gdzie się uczył na inżyniera to i profesor go prześladował jako Żyda a koledzy to go ciągle bili. Potem co prawda biło go Gestapo w Katowicach ( bo Pinek Mąka w dzień pracował w niemieckiej fabryce a w nocy wymykał się do partyzantów i strzelał do Niemców z karabinu maszynowego i innej broni aż go złapali), ale to nie było, jak należy rozumieć takie bolesne.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura