Nie ma przypadków, lecz Znaki!
"Nie ma przypadków - są tylko Znaki!" (ks. Br. Bozowski)
5 obserwujących
40 notek
36k odsłon
806 odsłon

Olaboga, tu leją tuleję!

Wykop Skomentuj6

Niezłomny rycerz praworządności w Polsce! Ikona sprawiedliwości i prominentny „zagończyk” walki z jej gwałceniem! Aplikant na męczennika opresyjnego reżimu PiS-owskiego, a co za tym idzie – kandydat do wyniesienia na Ołtarze Sprawiedliwości! Etc., etc., etc….

Któż to zacz, ach któż to? Zapewne wszyscy już domyślają się, bo któż inny mógłby nim być? To bohaterski Igor Tuleja; pardon – Tuleya, ma się rozumieć, gdzie arystokratyczne „y” (w nazwisku) ma podkreślać jego szlachetną proweniencję… ubecko-milicyjną; w nietuzinkowej, bo aż pułkownikowskiej randze! Tu od razu zaznaczę, że zamiast rzeczownika „sędzia”, używać tu będę wyłącznie rzeczownika: przebieraniec, gdyż taką terminologię narzuciły już - w debacie publicznej - dwa nieskazitelne (i niezawisłe, ma się rozumieć!) stowarzyszenia: Iustitia oraz Themis, walczące („ramię w ramię” z Tuleyą) o przywrócenie praworządności. Czyż więc mógłbym ja – jako osoba niezwykle rozmiłowana w praworządności – sprzeciwiać się terminologicznym standardom, stosowanym w debacie publicznej, przez owe stowarzyszenia, także rozmiłowane niezwykle w praworządności?!

[Skądinąd – właśnie w piątek (20 listopada) obserwowałem – w „Debacie dnia” w Polsacie – spór: Maciej Mitera vs Piotr Gonciarek; przy czym żaden z nich nie jest – broń Boże! - bohaterem mojej bajki. O pierwszym już pisałem i mówiłem w wywiadach - przy innej okazji - relacjonując sposób, w jaki Sąd Rejonowy dla W-wy Śródmieścia (pod prezesurą – i kuratelą! - M. Mitery), ewidentnie łamiąc prawo „zamiótł pod dywan” przestępstwa J. Kurskiego i jego wspólników, wskutek których Kurski został nielegalnie powołany na prezesa TVP. Ten drugi zaś przebieraniec (P. Gonciarek), miotając - pod adresem wrogich jemu przebierańców – inwektywy i obelgi, sprawiał wrażenie wręcz… naćpanego? Doprawdy, aż strach pomyśleć o dostaniu się „w łapki” takiego przebierańca, posługującego się podobnym językiem! Tylko więc czekać, gdy obie wojenne strony wyaresztują się nawzajem – niczym w „Policji” Mrożka – co być może byłoby zbawienne dla polskiego „domiaru niesprawiedliwości”, w postaci wymarzonej „opcji zerowej”?!]

Ale i dla mnie fortuna była niełaskawa, bo około 20 lat temu – u progu błyskotliwej kariery Tulei – dostałem się (w Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla W-wy Mokotowa,) „w łapki” owego przebierańca! Przy czym w jego przypadku określenie: przebieraniec ma dodatkowe – i wręcz dosłowne – uzasadnienie, o czym będzie trochę dalej, w punkcie 3…

Zanim jednak opiszę umiłowanie praworządności, przez owego przebierańca Tuleyę, niezbędna jest tu b. ważna dygresja, wyjaśniająca dlaczego - w ogóle - mógł on udzielać mi swoich korepetycji z… praworządności. [A także – dlaczego aż 20 lat zwlekałem z opisaniem tej skandalicznej sprawy; bo mając na względzie dobro mojej nieletniej wówczas córki.] Otóż ok. 36 lat temu popełniłem – jeden jedyny i epizodyczny - ciężki grzech (co stwierdzam zupełnie serio!) z niewiastą, której pomysłem – na życie – było wydanie się za mąż (za mnie), za pomocą… ciąży! Narodzoną córkę uznałem jednak bez wahania (i sprawdzania testem), od początku płacąc na jej utrzymanie (i z własnej woli podwyższając te alimenty), a także – próbując uczestniczyć w wychowaniu córki, zabierając ją – na przykład - na wakacje. Bezskutecznie skądinąd (i raczej wyrywkowo), gdyż moja córka stała się instrumentem wciąż wzrastającego nacisku na mnie (i walki ze mną), w rękach jej matki. Aż wreszcie doszło do przełomu w stosunkach pomiędzy mną i matką córki (o których poprawność dbałem nieustannie, ze względu na dobro córki), gdy oświadczyłem jej (matce córki) kategorycznie – wobec jej nieustannych ingerencji w moje życie - żeby „wybiła sobie z głowy” nadzieję na małżeństwo ze mną, lub choćby zamieszkanie ze mną. [Skądinąd - byłem żonaty, po ślubie kościelnym; zaś ta przysięga, złożona przed Bogiem, jest dla mnie święta do dzisiaj!] Wówczas usłyszałem (w odpowiedzi), że „wykończy mnie” w… sądach! Tu należy dodać, że owa niewiasta (matka mojej córki) jest córką pułkownika SB (wcześniej w UB) oraz pracowniczki biurowej tych samych organów; o czym dowiedziałem się dopiero po poczęciu dziecka. Co – skądinąd – jest szczególnym chichotem historii (i mojego przewrotnego losu), zważywszy na mój opozycyjny (antykomunistyczny) życiorys, począwszy od czasu liceum. [Można więc stwierdzić, że jej (matki mojej córki) proweniencja, jest nieomal tożsama z proweniencją Igora Tulei.] Rozpoczęła się wówczas moja 6-letnia gehenna w sądach; gdy bywało, że miałem – w jednym miesiącu – po 8 rozpraw w sądzie! O żadnej więc mojej pracy twórczej nie mogło być już mowy (a więc – także o zarabianiu pieniędzy), bo sprawy mnożyły się niczym „króliki”, a jednocześnie - nie było mnie stać na prawników. W tym czasie otrzymałem też kilka anonimowych telefonów (choć nie całkiem anonimowych, bo rozmówcy przedstawiali się jako funkcjonariusze b. SB, odwołując się do sprawy mojej córki i „haków” na mnie), w których zapowiadano – otwartym tekstem - że „wsadzą mnie do pierdla”!

Nieco wcześniej moja 15-letnia córka – wiedziona jakimś Bożym instynktem? – odwiedziła mnie, prosząc o zamieszkania ze mną. Przyjąłem ją bez wahania i z wielką radością  (mając nadzieję na skorygowanie jej dotychczasowego... wychowania); pomimo, że wówczas byłem już praktycznie „spakowany” na emigrację do Australii, do której skłoniło mnie wciąż rosnące prześladowanie w sądach. Córka mieszkała ze mną przez ok. 2 lata – stając się wyłącznym „oczkiem w głowie” mojego życia! - zaś sądy niezmiennie i nieustannie ścigały mnie o coraz większe (ponad 2-tysięczne) alimenty dla... jej matki!

Kilka miesięcy później, wezwano mnie na mokotowską policję, aby przedstawić mi zarzuty karne, o rzekomym… uchylaniu się od płacenia alimentów! Autorem tych zarzutów (oszczerstw) była pani prokurator (działająca - bez wątpienia - „na zlecenie”), która później występowała w sprawie, rozpoznawanej przez… owego przebierańca I. Tuleyę! Odmówiłem podpisania protokołu z owymi zarzutami/oszczerstwami – stwierdzając, że byłoby to pohańbienie mojego autografu - co wprawiło w konfuzję policjantkę. Jednocześnie złożyłem bezzwłocznie (czyli w terminie) wnioski dowodowe, bezspornie (i urzędowo) potwierdzające fakty, czyli: miejsce zamieszkania mojej córki ze mną oraz utrzymywanie jej przeze mnie. [Załączając kilka dokumentów z urzędu W-wa Śródmieście oraz oświadczenie mojej córki.] Po kilku tygodniach braku reakcji (na moje wnioski dowodowe), zadzwoniłem do owej pani prokurator, aby zapytać o los moich wniosków dowodowych. W odpowiedzi usłyszałem od niej, że sporządziła już akt oskarżenia mnie i wysłała go do sądu. Co do moich wniosków dowodowych stwierdziła, że właśnie dopiero dzisiaj dotarły one do niej. Zapytałem więc, dlaczego pozbawiła mnie moich praw procesowych, wysyłając akt oskarżenia do sądu, bez rozpoznania moich wniosków. Odpowiedziała, że taki jest obieg dokumentów (nierychliwy) w prokuraturze, a ponadto – zagroziła mi, że za chwilę oskarży mnie jeszcze o… obrazę funkcjonariusza państwowego!

Trafiłem więc „na wokandę” – w sprawie karnej - przed „oblicze sprawiedliwości”, w osobie przebierańca, Igora Tulei. Poniżej przedstawiam – w punktach - praworządność, w jego wydaniu. [Co ważne - wszystko poniższe potwierdzają dokumenty, posiadane w archiwum; skądinąd - znajdują się także w archiwum sądu.]

1.    Rozpraw było około 5-6, podczas których I. Tuleya kilkukrotnie je przerywał, biegając do telefonu, po instrukcje od zleceniodawców. Nie mam bowiem najmniejszej wątpliwości co do tego, że otrzymał on „zlecenie na wyrok” na mnie, którego źródłem byli owi grożący mi SB-cy!!!

Wykop Skomentuj6
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo