Na przyjaciół zawsze można liczyć. Przyjaciele zawsze są skłonni do pomocy nawet za cenę jakiejś niewygody czy nierzadko poniesionego trudu.
Czy jednak nasz altruistyczny gest w postaci dofinansowania państw strefy euro nie jest czystą naiwnością? Czy nie przypomina toksycznych związków, w których kobieta odejmuje ostatnią kromkę od ust dzieci, żeby tylko zadowolić kochanka? To co wyprawia Donald Tusk jako żywo przypomina szamotanie się w toksycznym związku.
Piękny gest w postaci pieniędzy z rezerw Banku Centralnego dodanych do paktu fiskalnego miałby sens gdyby nie nagie fakty, jakie tylko ślepy nie zauważyłby. W ostatnich latach Niemcy, o których względy tak zabiegamy, doprowadziły do powstania rurociągu północnego, w sprawie dopłat rolniczych nadal jesteśmy traktowani jak obywatele drugiej kategorii, polskie stocznie upadły przy cichymi poparciu i zadowoleniu głównego konkurenta w/w Niemiec i wreszcie ostatnie działania wielkich mocarstw w sprawie gazu łupkowego, a mianowicie forsowanie zakazu wydobycia na terenie Francji czy Niemiec. Taki zakaz mógłby być w prosty sposób rozciągnięty na pozostałych członków przyszłej federacji państw europejskich. Pretekst jak w przypadku przebudowy polskiego systemu energetycznego zawsze się znajdzie. Ekolodzy chętnie pomogą.
Jeszcze wracając do przyczyn obecnego kryzysu w Europie. Głównym grzechem projektu euro było pozbawienie strefy tego co jest istotą kapitalizmu czyli konkurencyjności. Niskie stopy procentowe staniały zachętę nie tylko dla przeciętnych obywateli, ale i tak zwanych inwestorów, którzy na bazie taniego kredytu windowali ceny nieruchomości niemalże w całej Europie.
Wydaje się, że agonia euro rozciągnięta na miesiące zmierza do nieuchronnego końca. W tym kontekście z pewnością to Wielka Brytania doskonale rozumie swój interes państwowy. Nie ma sensu dokładać pieniędzy do projektu skazanego na porażkę. Tymczasem Polska zamierza postąpić jak pierwszy lepszy utracjusz oddając spekulantom pieniądze w zamian za miraż współdecydowania o losach Unii.
Dlaczego rozpad strefy euro miałby zaskutkować obniżeniem PKB poszczególnych państw pozostaje dla mnie zagadką. Zresztą komentatorzy, którzy tak twierdzą nie mówią co się stanie z gospodarką europejską w dłuższej perspektywie niż jeden rok czasu. Przecież gospodarki poszczególnych krajów nagle nie znikną z powierzchni ziemi.
Politycznie patrząc na losy Unii nie zgodzę się z tymi komentatorami, którzy w przypadku rozpadu strefy euro wieszczą odrodzenie się partykularyzmów z perspektywą jakichś konfliktów zbrojnych, mających objąć Europę. Przecież jeszcze żyją ludzie mający w pamięci dwie wojny światowe. Doświadczenie wojen światowych jest na tyle negatywne, że stanowi wystarczającą przeciwwagę dla tego typu zapędów. To znamię szczególnie jest widoczne w przypadku Niemiec. Czy propagowana, także przez polskie koła rządowe jakaś forma federacji europejskiej, jako recepty na wyjście z kryzysu jest mocno wątpliwe. Przede wszystkim dlatego, że perspektywa rozmycia się w niej państw narodowych wydaje się utopijna. Niewątpliwie jednak twórcy tej koncepcji uważają poczucie przynależności narodowej na główne zło z którym należy walczyć za wszelką cenę. Narzucony odgórnie projekt polityczny nie sprawi, że ktoś nie będzie uważał się za Greka, Polaka czy Niemca nawet wówczas gdy w paszporcie będzie miał wpisane narodowość: Europejczyk.


Komentarze
Pokaż komentarze