Choć awantura wokół przyszłego metropolity warszawskiego Stanisława Wielgusa trwa już dwa tygodnie, dopiero dziś ujawniono domniemane szczegóły współpracy arcybiskupa z SB. Czy są prawdziwe? To się niechybnie okaże; wcześniej, bądź później, co w tym akurat przypadku kompletnie nie ma znaczenia.
Dyskusja, która nieco wypaczyła nam Święta była ewenementem ze względu na klasyczne obrócenie sojuszy. Otóż najbardziej zajadłymi przeciwnikami hierarchii, która solidarnie opowiedziała się za arcybiskupem, stali się prawicowi publicyści tacy jak T. Terlikowski, P. Zaremba, M. Karnowski etc., więc dziennikarze, którzy identyfikują się z Kościołem, i właśnie w poczuciu obowiązku przedstawienia głosu świeckich w Kościele podjęli ryzykownie pryncypialną krytykę biskupów.
Kilka uwag w tej kwestii.
Rozumiem pryncypialność lustracyjną kolegów, ale nie rozumiem skąd ten niebywały brak cierpliwości. Czyż nie wiadomo, że problem kolaborujących hierarchów jest odległym echem cezaropapizmu i kościół ma w tej kwestii ponad tysiąc-letnie doświadczenie. Zawsze gdy władza publiczna zbyt mocno wkraczała w życie Kościoła (lub apanaże były zbyt kuszące), znajdywali się księża, którzy niemądrze szli na współpracę. Przy zmianie układu gwałtownie, lub mniej gwałtownie ich rozliczano.
Casus św. Stanisława jest dość odległy, ale wyjątkowo czytelny (za domniemaną zdradę na rzecz Cesarza został poćwiartowany), a z bliższych doskonale pamiętamy zarzuty wobec części hierarchii o współpracę z zaborcami, domniemany flirt części księży z władzami Generalnej Guberni (zarzut podnoszono w kilku procesach w czasach stalinowskich), bądź szkolny przykład Księdza Tiso, który stanął na czele kolaboranckiego słowackiego rządu. Przypadki można mnożyć w nieskończoność.
Kościół więc, oswojony z problemem nie potrafi i nie chce(!) reagować szybko i nazbyt nerwowo. Po pierwsze dlatego, że pewnie ma inne normy naganności postaw. Po drugie, ze względu na – nazwijmy to – zasadę korporacyjną, która każe bronić następców św. Piotra dopóki są lojalni wobec Kościoła, nie zaś wobec państwa. Po trzecie dlatego, że decyzje papieskie są niepodważalne, co ma pewien związek z dogmatem nieomylności papieży (wiem, wiem, dogmat odnosi się do paieskiego nauczania ex cathedra), choć nie bezpośrednio z niego wynika.
Koledzy katolicy o tym nie wiedzą? Z tych przyczyn odwołanie ingresu, zwłaszcza po jego ogłoszeniu, zwyczajnie nie może wchodzić w grę.Osobna sprawą jest drobiazg odrębności instytucjonalnej Kościoła. Tak jak koledzy krytycy mają prawo jako świeccy krytykować Kościół, tak Kościół jako instytucja ma prawo do suwerennych decyzji. Nikt więc, nawet dziennikarze prawicowi (pracujący w nieformalnych organach rządu) nie powinni w sferę suwerenności decyzji Kościoła ingerować.
I dwie jeszcze sprawy.
Pierwsza to święte sakramenty. Rzecz publicystycznie ciężka do udźwignięcia, ale dla praktykujących oczywista. Czemu nikt z krytykujących nie pomyślał, że arcybiskup Wielgus – zwyczajnie po chrześcijańsku ze swych grzechów się wyspowiadał, żałował za grzechy, odbył pokutę, zadośćuczynił Bogu i bliźnim, i dla swego pryncypała jest czysty. Czy mogło tak być? Mogło. A historia uczy, że grzeszni ludzie siłą swojej pokuty umieją przenieśc góry. Może i arcybiskup metropolita Wielgus zasłuży się swojej diecezji jak nikt.
I co wtedy powiedzą o swoim arcypasterzu publicyści katolicy, którzy teraz mu fundują piekło na ziemi? Jak daleko smutnym okiem sięgną spod ołtarza? Czy będą kontestować? Budować front nieposłuszeństwa świeckich? Zrezygnują ze spowiedzi i komunii?
Cóż. Jest jeszcze jedna droga. Bractwo św. Piusa X czeka. Z otwartymi drzwiami. Może to alternatywa?



Komentarze
Pokaż komentarze (17)