Podziwiam pełną odwagi determinację pisarza Marka Nowakowskiego, który na łamach ‘Dziennika’ w artykule „Oskarżam!” występuje przeciw antylustratorom, a imiennie przeciw Adamowi Michnikowi, abp. Życińskiemu i Tygodnikowi Powszechnemu, jako głównym autorom „przewiny najcięższej” przeciwko narodowi i państwu polskiemu.
W ten sposób Nowakowski wpisuje się w wielką tradycję „J’Accuse…!” Emila Zoli, opublikowanego w 1898 roku listu otwartego do prezydenta Republiki Francuskiej Felixa Faure’a, w którym pisarz broniąc niewinnie oskarżonego o zdradę stanu Alfreda Dreyfusa podaje nazwiska ludzi odpowiedzialnych za fałszowanie dowodów i ujawnia zmowę mającą na celu utrzymanie fikcji o zbrodni skazanego kapitana.
Artykuł Emila Zoli wywołał skandal i podzielił francuską opinię publiczną na długie lata. Stał się zarazem symbolem osobistej odwagi piszącego przeciw presji instytucji państwa i zakłamanej opinii publicznej. Nie mniej istotnie wpłynął też na osobiste losy autora. Emil Zola po słynnym procesie został skazany na rok więzienia i grzywnę w wysokości 3000 franków. Zaś przed rozprawą apelacyjną nie wytrzymał presji psychicznej i uciekł do Anglii, gdzie poprosił o azyl. Został tam do czerwca 1899 roku.
Czy Marek Nowakowski też przejdzie swoim tekstem do historii?
Po pierwsze tekst musiałby nieść z sobą równy artykułowi Zoli ciężar merytoryczny.Po wtóre autor musiałby przegrać wytoczony mu przez oskarżonych proces i zostać skazany. Naturalną konsekwencją powinna być ucieczka za granicę, prośba o azyl, powrót do kraju i rehabilitacja. Czy to się zdarzy? Osobiście wątpię. Dlaczego?
O artykule Zoli można mówić w kategoriach współczesnego newsa; był pierwszą publikacją ujawniającą szczegóły zmowy. W styczniu 1898 roku w kręgach wtajemniczonych wiadomo było, że właściwym podejrzanym jest niejaki major Esterhazy, co ujawnił zresztą szef kontrwywiadu armii francuskiej Picquart. Nikt jednak przed Zolą szczegółów nie opowiedział.
Ze swoją prawdą o narodowej przewinie - toutes proportions gardées - Nowakowski nie jest ani pierwszy (polecam „Michnikowszczyznę…” R. Ziemkiewicza), ani jedyny; o odpowiedzialności byłych środowisk Unii Demokratycznej (a iluż w niej było dzisiejszych lustratorów!) za „grubą kreskę” napisano już wszystko i to dawno temu. Co więcej, mało kto broni dziś tamtej doktryny. Fakt nie rozliczenia komunizmu jest oceniany zazwyczaj tak samo. Nawet w niegdyś wrogich lustracji kręgach GW jest tylu jej przeciwników, co zwolenników. Zasadniczą zaś sprawą jest nie czy, ale jak lustrować. I o to toczy się spór.
Na przykład piszący te słowa, za pełną, konsekwentną lustracją i dekomunizacją opowiadał się publicznie od 1989 roku. Zarazem nie był i nie jest zwolennikiem seryjnego odstrzeliwania przez gazety na pierwszych kolumnach kolejnych ofiar.
Cóż więc nowego ujawnia w swoim tekście Nowakowski? Nic. Jedyną wartością tekstu jest, że uderza w wyjątkowo wysokie tony. Miesza przy tym kwestię antykomunizmu, lustracji i nie dokonania rozliczeń z PRL. Na dodatek, dość nieznośny moralizatorski ton jako żywo przypomina nadęte pouczenia atakowanych przez niego „moralizatorów” sprzed lat. Niestety – mam wrażenie – miast wnieść do dyskusji jakieś nowe istotne szczegóły, z wdziękiem kózki wskazuje na pochyłe drzewo. Można już spokojnie dowalić, no to proszę bardzo, pisze się artykuł „J’Accuse”. Z intencją wejścia do historii. Bez gracji.
Aha. Jeszcze jedno. Oskarżony „Tygodnik Powszechny” nie jest i nigdy nie był jednorodnym zbiorem autorów. Na jego łamach publikowali (czasem wbrew linii pisma) różni ludzie. Nie wiem, czy bodaj nie sam polski Zola – pisarz Marek Nowakowski.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)