Ciekawe, że dyskusja o sprawie Bogusława Wołoszańskiego ciągnie za sobą taki ogon ironii… Porównania do Bonda, Le Carre’go, Fleminga mają przynieść… No właśnie, co? Kupę śmiechu? Wyzwolić w nas jakiś pokłady sarkazmu, pożałowania? Temat rozmydlić, czy wręcz odwrotnie, wskazać na groteskowość zarówno postaci, jak i motywów, które nią kierowały?
Osobiście mam wrażenie, że komentujący cieszą się, iż kolejny człowiek z półki tzw. „dużego sukcesu” okazał się umoczony. Mogą sobie dzięki temu na swój prywatny użytek wyjaśnić: „…ok., nie talent, nie praca, nie wewnętrzna determinacja, a właśnie służby stoją za tą karierą. Zaś ja? Cóż, ze służbami się nie związałem. Przez to i karierą gorzej…”
Tylko, że – w tym konkretnym przypadku – to myślenie dość fałszywe, bo niezależnie od mocy sprawczej służb, talent i wielkość Wołoszańskiego pozostają poza wszelką dyskusją. Wywiad ani scenariuszy, ani książek za niego nie pisał. Wołoszański tworzył je sam, niezależnie, na własne konto i ryzyko.
Czy SB otwarło mu jakieś drzwi? Innymi słowy, czy w wypadku odmowy współpracy miałby szansę na szybką karierę w reżimowej TVP? Oto jest pytanie. I jasna zapewne odpowiedź: miałby z tym trudności. Może „Sensacje XX wieku” powstałyby z kilkuletnim opóźnieniem, albo nie powstały w ogóle, zaś zamiast nich napisałby kilka książek więcej? Trudno powiedzieć.
Nie chcę bronić Bogusława Wołoszańskiego, ale jedną rzecz warto tu zaznaczyć ponad wszelką wątpliwość. Wyjazdy zagranicznych korespondentów telewizyjnych, radiowych i prasowych (!) w PRL zawsze się odbywały pod czujnym okiem wywiadu. Korespondenci mieli z nim do czynienia i w placówkach dyplomatycznych w krajach, do których podróżowali i na miejscu, w Polsce. Wyjazd wiązał się zazwyczaj z koniecznością sporządzenia notatki dla wywiadu. Notatki, czyli czego? Analizy, ekspertyzy, donosu? Czy to tylko kwestia słów? Zapewne nie. Sprawę można było opędzić tzw. charakterystyką ogólną, albo podzielić się szczegółowymi informacjami, kto i jak szkodzi, kto z kim sypia, kto władcom PRL bruździ, etc.
Pisali więc wszyscy, albo niemal wszyscy, nawet ci najwięksi (a może i Kapuściński?), tym bardziej ważne jest więc pytanie, co pisali? Tylko taka lektura może wybawić nas z kłopotu i podpowiedzieć ocenę moralną. Nie wszystko jest więc w tej sprawie jednoznaczne.
Jednego nie wiem. Może ktoś z czytelników wie i podpowie: czy każdy z indagowanych przez wywiad korespondentów zagranicznych musiał podpisywać zobowiązanie i czy wiązała się z tym konieczność przyjęcia pseudonimu? Wtedy casus Bogusława Wołoszańskiego nie byłby szczególnie wyjątkowy.
Chyba, że w związku z wyjaśnieniami o współracy motywowanej wewnętrzną potrzebą poznania pracy służb. To istotnie motywacja dość naiwna.
Ale nie oryginalna. Podzielę się takim oto przykładem. Studiowałem kiedyś na roku z nieprzeciętnie zdolnym człowiekiem, który dziś jest szanowanym sędzią. Sędzia Bieniek, bo o nim mowa, miał jako absolwent prawa otwarte wszystkie drzwi. Ale wybrał wywiad SB. Bodaj w 1988 roku wysłano go za granicę. Szybko wrócił do kraju po jeszcze szybszej dekonspiracji. Potem zrobił aplikację. Dziś orzeka.
O wszystkim tym pewnie bym nie wiedział, gdyby nie jego sławne oświadczenie lustracyjne w którym jako pierwszy sędzia w Polsce przyznał się, że pracował dla służby bezpieczeństwa. Tłumaczył, że od dzieciństwa marzył, by być agentem. Został. A dziś w IV RP orzeka. W najlepsze.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)