„Nie będzie się zniżał do poziomu Lecha Wałęsy” – powiedział wczoraj publicznie Prezydent RP pytany przez dziennikarzy o komentarz do publicznej pyskówki o raporcie Macierewicza.
Lech Kaczyński próbuje tym samym ustawić się powyżej poziomu sporu, który z tej perspektywy toczy się między przegranymi politykami III RP, a wystawianymi przez aktualną władzę zagończykami typu Aleksander Szczygło (idę o zakład, że szef MON mówiąc o „zdradzie” Lecha Wałęsy nie wykazał się własną inicjatywą).
To zabieg tyleż trafny, co krótkowzroczny. Ustawianie się ponad sporem, który się wywołało ma bowiem sens o tyle, o ile od tego sporu można się rzeczywiście zdystansować. Prezydent zaś, ani ze względu na temperament, ani ze względu na osobistą ingerencję w dokument i tego skutki prawne, w sprawie będzie jeszcze intensywnie uczestniczył. Więc ustawienie się poza sporem jest – delikatnie mówiąc – mało możliwe.
„Zniżyć się do poziomu Lecha Wałęsy”. Nikt tego w Polsce nie powiedział jeszcze tak dobitnie. Bon mot pachnie niestety słynnym „spieprzaj dziadu”,, ale o ile tamten komentarz dotykał jakiegoś kompletnie anonimowego (i bezbronnego) człowieka, o tyle cytat o „zniżeniu się do poziomu Lecha Wałęsy” wchodzi jak ostrze brzytwy najdelikatniejszą tkankę naszej historii. Dotyka mitu, i to nie tyle samej osoby byłego prezydenta, ale mitu Solidarności i jej Przywódcy. Bowiem nawet po kolejnych porażkach Wałęsy i w roli prezydenta i później – ośmieszonego przez wynik wyborczy - kandydata do tego urzędu, nikt tak dramatycznie nie kwestionował jego formatu. Zawsze mówiło się o nim, że to niewątpliwie wielki człowiek, choć pewnie swoje największe role ma za sobą. „Zniżenie się do poziomu Lecha Wałęsy” kontestuje ten mit. Hierarchia wartości zostaje dramatycznie wywrócona. Oto z wielkiego Wałęsy wychodzi mały człowiek.
Czy Lech Wałęsa mówiąc o „durniu” przy władzy jest małym człowiekiem? Czy jest ciągle „wielkim Wałęsą” obciążonym znanymi powszechnie wadami? Z pewnością tak mu się wydaje, kiedy w wywiadzie dla RMF mówi o niszczeniu państwa przez małych zakompleksionych ludzi i o tym, że „on musi coś zrobić, żeby tak nie było” (słyszymy echo „nie chcę, ale muszę”?) Niestety w tym samym wywiadzie pobrzmiewa nuta czysta osobista, kiedy Wałęsa stwierdza: „mówili, że nie będzie w raporcie o Wałęsie, a właśnie mnie uznają za głównego winowajcę”. I tu wychodzi szydło z worka. Wałęsa nie tyle kwestionuje raport, co odnosi się do opisu swojej roli w latach prezydentury. W tym kontekście filipiki wobec Lecha Kaczyńskiego staja się już tylko pyskówką, a „dureń” dość nisko motywowaną inwektywą.
Napisałem wcześniej, że wczorajsza wypowiedź Lecha Kaczyńskiego to zabieg tyleż trafny, co krótkowzroczny. Ano w istocie nie powinien się wdawać Prezydent w pyskówkę, zwłaszcza, że może się w niej posłużyć którymś z zaufanych, jak choćby Aleksander Szczygło. Obraża więc zagończyk. Lech Kaczyński zaś wyniośle „tylko” dyskredytuje Wałęsę.
O Aleksandrze Szczygło jednak pewnie za kilka lat nikt nie będzie pamiętał. Natomiast eskalacja konfliktu z Wałęsą może mieć daleko idące skutki. Bo choć grono potencjalnych wyborców Lecha Wałęsy jest mikroskopijne, o tyle jego rola, format, szacunek dla jego osiągnięć w kraju i za granicą jest ogromny. Nawet jeśli nie był najlepszym prezydentem, był liderem i pozostanie symbolem ruchu, który zmienił oblicze Polski. Nawet jeśli nie panuje nad językiem, jest ważnym rozdziałem historii i w tym sensie mówienie „o zniżeniu się do poziomu Wałęsy” obraża każdego, kto jest gotów pod taką interpretacją naszych dziejów podpisać.



Komentarze
Pokaż komentarze (32)