Bogusław Chrabota Bogusław Chrabota
81
BLOG

Przekleństwo telewizji cz.II

Bogusław Chrabota Bogusław Chrabota Polityka Obserwuj notkę 3

Dziś druga (i przedostatnia) część eseju o przekleństwie telewizji. W pierwszej starałem się dowieść, że telewizja jest - w najszerszej statystyce - jedynym oknem na świat, którego dochrapała się nasza cywilizacja. Dopóki indywidualny komputer ososbisty będzie dobrem dostępnym dla ledwie jednego procenta populacji, żadne inne medium nie będzie ani alternatywą, ani tym bardziej ratunkiem przed 'zgubnym' wpływem telewizji. Zgubnym? Dziś właśnie o tym.

(...) Jest zatem, może być telewizja oknem na świat. Jedynym strumyczkiem informacji o innej rzeczywistości. Ścieżką, po której podążają ludzie niosący kaganek. Kaganek czego? Nadziei? Na pewno? Radości? Bezsprzecznie. Wiedzy? Tu tkwi sedno rzeczy. Wiedzę wszakże w naszym świecie ubóstwiliśmy. Jest, a przynajmniej wydaje się ważniejsza od cienia radości bezzębnego analfabety z brazylijskich faveli.

Czy telewizja daje wiedzę? Czy można mówić o kaganku wiedzy?Jeśli wiedzy, to bardzo schematycznej. Nie mam wątpliwości, że to wiedza, powiedzmy – sensu largo. Ani encyklopedyczna, ani systematyczna. Nie pełna i nie doskonała. Na dodatek operująca w znacznie większym stopniu treścią obrazu, niż sensem słowa. A zatem wiedza powierzchowna, niedoskonała, upośledzona. Czy taka wiedza jest w ogóle potrzebna? Czy nie szkodzi poznaniu, czy nie stoi w poprzek wyzwaniom edukacji pokoleń? Nie, nie wspomnę już o favelach, choć właśnie favele, z ich brakiem alternatywy poznawczej powinny zawsze się odzywać w naszych głowach, gdy narzekamy na telewizyjne upraszczanie świata. Zostawmy favele. Skupmy się na wiedzy, którą niesie telewizja.

Oto po pierwsze telewizja miast wiedzy niesie informację o nowym, uniwersalnym standardzie społecznym. Powiedzmy, że ten standard jest z Ameryki (lub zamożnej Europy). Zatem dzięki telewizji, nie poznajemy twórczo świata, a zwłaszcza własnego świata, tylko uzyskujemy możliwość nałożenia na własną rzeczywistość amerykańskiego (bądź europejskiego)‘cliche’. Konfrontacja może być dramatyczna. Najczęściej na niekorzyść rzeczywistości „tu i teraz”, na Podlasiu, w delcie Mekongu, czy w okolicach władywostockiego blokowiska. Oto telewidz z przykrością odkrywa, że świat w telewizji jest ładniejszy i godniejszy od tego, co wokół. Ten świat staje się jego światem odniesienie. I to bez, co w tej sytuacji wyjątkowo ważne, stosownego appendix, erraty, że to tylko czyjaś wizja, telewizja, świat sztuczny, nieprawdziwy. Zatem fundujemy telewidzowi swoistą traumę, dajemy mu świat zastępczy, który nie jest ani światem realnym, ani na wyciągnięcie ręki. Poza tym, jest to świat migotliwy, wielokanałowy, rozdygotany. Przestajemy go odbierać linearnie. Co chwila chwytamy za pilot. Zmieniamy kanały. Przestaje się liczyć głębsza treść, przestaje się liczyć pełen komunikat. Liczą się obrazki i to te najbardziej wyraźne. Najbardziej przyciągające oko. Najatrakcyjniejsze. Operujące jak plakat – skrótem. Konturem. Metaforą. Chwilowe. Nie niosące istotnej wiedzy. Czyżby więc fałszywe?

Tak, fałszywe. Ale przecież nie bardziej niż te, które ofiarowała nam literatura i kino. Pewnie to media cierpliwsze. Pełniejsze. Uczące bardziej po kolei. Błąd! Informujące bardziej po kolei. Bo jaka nauka płynie (bądź płynęła) z literatury brukowej, kina sensacji, pornografii, której telewizja przecie nie wymyśliła, a pokazuje z dużo większym zażenowaniem, niż pisał ją Henry Miller i setki autorów przed nim i po nim. Kino? Sztuka rzekomo wysoka. Niby dlaczego? Bo tak chciał Lenin? Bo ważne dla mas? Nie chcemy pamiętać, że wszelkie granice obyczajowości przekroczono właśnie w kinie. To kino w największym stopniu przejęło od literatury ową przeciwną potrzebę flirtu ze złem. Telewizja jest tu ubogą kuzynką. Przyzwoitym dziewczęciem z prowincji. Bez większych aspiracji i ambicji.

Tak. Telewizja nie jest i nigdy nie będzie dla czystej wiedzy. Jeśli czegoś chce uczyć, to chwała jej za to. Wypada być szczęśliwym, że niekiedy szuka swojej misji, że bierze na siebie obowiązki. Niech próbuje. Niech walczy. Ale nigdy nie usatysfakcjonuje wrażliwej umysłowości intelektualisty. Bowiem sama natura tego przekazu jest przeciwko. Jego schematyzm. Skrótowość. Odejście na rzecz obrazu od słowa („homo literratus jest zastępowany przez homo videns, ikonosfera wypiera logosferę” – powiadają filozofowie).  I intelektualista to wie. I nie ma pretensji.

Ale jest ktoś taki, kto je ma. Kto to? Ano inteligent znad Wisły, Sekwany i gdzie tam jeszcze się uchował. Inteligent, a więc ktoś, kto sądzi, że rządzi nim wyższa racja umysłowa i moralna. Jak sto lat temu, jak w komunizmie. Inteligent wpatruje się w ekran telewizora i szuka tam wiedzy. Czemu w ekran? Nie w książkę? Bo łatwiej. Szybciej. Przyjemniej. Jest też na co narzekać. Jest co krytykować. Psioczyć, że telewizja jest dla gawiedzi, że nie niesie kaganka.Nie niesie, wypada się zawstydzić, nieprawdaż? Ale mam w zanadrzu dwie prawdy o inteligencie.

Pierwsza z natury poznawcza; gdyby inteligent nie żył telewizją, to by na nią nie psioczył. Oglądając, w gruncie rzeczy niczym się nie różni jako odbiorca od analfabety z faveli. Różni go tylko reakcja. O ile analfabeta z faveli i pół-chłopek z Podlasia zastygają przed ekranem z rozdziawioną z uwielbienia gębą i z tą samą miną kładą się spać, o tyle inteligent po odejściu od telewizora narzeka na poziom, kpi, wyszydza i nie lubi. Tak jego natura.

I druga prawda; badania wykazują, że inteligent nie zaniża średniej oglądania telewizji w naszym społeczeństwie. Ogląda dokładnie tyle samo, co wyszydzany przez niego przedstawiciel gawiedzi. Bezwzględna statystyka. Tłucze po głowach, aż miło.Zostawiam więc na dobre inteligentów z ich nietwórczym krytykanctwem. Niech sobie żyją w blasku ekranów tak wyszydzanej przez nich telewizji; nasz statek płynie dalej.

Oto wkraczamy w obszar królestwa banału. Schematyzmu wyniesionego na ołtarze popularności. Bohaterowie telewizyjni. Kto się  nimi staje? Kto tu jest bohaterem? Nikt w sposób oczywisty. Jak w literaturze. Jak w kinie. Telewizja to przecież nic innego jak medium, czyli pośrednik. Daje pole różnym formom narracyjnym. Mniej lub bardziej tradycyjnym. Któż jest więc bohaterem? Ano bohaterem staje się ten, kogo wyznacza autor, czyli twórca; ten, kto dany spektakl wymyślił, kto dał mu formę, kto panuje nad treścią. Niekiedy trudno ustalić, kto jest ośrodkiem centralnym, „bohaterem” określonej formy.

Weźmy przykład programów informacyjnych. Czy ośrodkiem centralnym jest bohater relacjonowanych wydarzeń, czy może raczej prezenter, a często tylko lektor, czyli człowiek, którego twarz co prawda legitymizuje program, ale który jest tylko „czytaczem” słów pisanych przez kogoś innego?. Czyli może ich autor, wydawca? Tak mogło by być w kulturze słowa. Ale nie w kulturze obrazu. Homo videns zawsze kieruje się tym, co widzi. Wygrywa zatem lektor, choćby – jak czasem się powtarza w kulisach telewizji – był tylko krzesłem.

Osobnym problemem jest, że ów lektor, prezenter, wyniesiony poprzez wybory homo videns na poziom gwiazdy, nagle zaczyna wierzyć, że jest kimś ważnym, nieledwie epokowym. Rzadko kiedy w takich przypadkach pojawia się choć odrobina myśli krytycznej; kropla sceptycyzmu wobec samego siebie; oto ów lektor, w mniejszym lub większym stopniu „krzesło” zaczyna rządzić branżą, rozdawać role, pretendować do jakiegoś przywództwa. Tym bardziej, że ludzie mu wierzą, bo ma „twarz”, bo jest sławny. I dzieją się dziwne rzeczy, w których tle leży sobie osobliwa prawda o tym, że telewizja kreuje bohaterów z samej siebie, siłą faktu, bohaterów nie zawsze tej sławy godnych.

Bohaterowie filmu, serialu, teatru telewizji, to kwestia literatury. Analogia jest zupełna. I w sensie historycznym datuje się od czasów bezimiennych twórców „Gilgamesza” i imiennie określonego autora „Iliady” i „Odysei”. Film, serial, telenowela, „soap”, widowisko telewizyjne (nie ma znaczenia, czy to tzw. „game show”, „quiz show”, czy „talk show”) to formy tradycyjne, konwencjonalne,  z pogranicza jeszcze antycznych „trzech jedności”. Bohater (lub bohaterowie) są punktem centralnym, jak na proscenium pierwszych teatrów. To osoby wybrane  decyzją twórcy. Nadzwyczajne. I odpowiednio przygotowane zawodowe. Odpowiednie; mówiące nienagannie i postępujące według opisanej  matrycy didaskaliów. To zarazem bohaterowie swoich czasów. Oddający ich ducha. Idący w ślad za obowiązująca modą. Typowi. Typowi dla telewizyjnej przeciętności.

Problem zaczyna się wtedy, gdy do głosu dochodzi nowa forma i nowy typ wybrańców. Autor tego tekstu stoczył przed laty niemal heroiczne boje, tłumacząc ( i na swój sposób broniąc)ideę „reality show”. W istocie, było to novum; przedziwny nowy typ telewizji, który kojarzył się powszechnie z niedobrym obyczajem podglądactwa, ale był w gruncie rzeczy niczym innym, jak telenowelą, której wątki snute były na kanwie kreowanych na potrzeby show losów „zwykłych ludzi”. „Zwykli ludzie” - to w istocie klucz do pojęcia tej nowej formy. „Reality” tym się różniło od dotychczasowej telewizji, że bohaterami czyniono zwykłych, wziętych z tłumu ludzi. Nie musieli być „odpowiedni”, przygotowani zawodowo, nienaganni. Ale też byli „wybrani”; ich wyborowi poświęcano (poświęca się) wielomiesięczne castingi. Musieli się w coś wpisywać; w jakiś katalog społecznej typowości, a zarazem musieli gwarantować określone reakcje; przekonać- zarządzającego całym tym interesem reżysera, że na planie nie będą neutralni, że wejdą w konflikty, że stworzą show.

Tacy ludzie tworzyli „Big Brothera” i „Bar”. Tacy ludzie, ani nie patetyczni, ani nie heroiczni stali się bohaterami telewizyjnej rzeczywistości początku dwudziestego pierwszego wieku. Byli idealnym przykładem „everyman’a”. Szaraka, który siedzi przed telewizorem, ale który też może trafić przed kamery. Awansować do roli wybrańca. Zaistnieć. Przebić się przez zdominowana dotąd przez zawodowców legendy.„Reality show” istotnie zrewolucjonizował telewizję. Sięgnął do jej korzeni. Postawił znak równości między odbiorcą i nadawcą. Zdemokratyzował bohatera. Udowodnił, że w świetle rampy bogiem mediów może stać się każdy; matoł, prymityw, człowiek bez szczególnych właściwości, albo zwykły przeciętniak. „Reality” odmieniło telewizję.  Etos bohatera upadł. Innymi słowy, zrównał się ze światem banału. I takim już pozostanie. Nigdy nie wzbije się ponad przeciętność. Taka jest po „reality show”, po „Big Brotherach” i „Barach” telewizja.  

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka