Znajomy z Józefosławia, pisarz i publicysta Wiesław Romanowski (internowany w stanie wojennym) rozesłał netem apel, który cytuję w całości:
Oddać teczki ludziom.
Po nieudanej próbie lustracji trzeba spróbować napisać prawo i stworzyć procedury, które będą miały nie tylko poparcie parlamentarnej większości ale także poparcie społeczne, prawo wychodzące naprzeciw poczuciu sprawiedliwości. Wydaje mi się, że nowa ustawa lustracyjna, spełniająca te kryteria, powinna przyjąć następujące zasady:
1. Instytut Pamięci Narodowej po kwerendzie teczek sporządza akty oskarżenia wobec osób podejrzanych o przestępstwa określone w kodeksie karnym i przestępstwa przeciwko prawom człowieka. Dalszy ciąg postępowania toczy się przed sądem, z konstytucyjnym poszanowaniem praw stron procesu.
2. Pozostałe teczki powinny zostać zwrócone ludziom, na których zostały założone lub ich spadkobiercom. Każdy z inwigilowanych przez policję polityczna PRL ma w pierwszym rzędzie prawo do tych dokumentów, i to on powinien być ich dysponentem, może je publikować w internecie, jeśli, na przykład , kandyduje do publicznych funkcji.
Przy zastosowaniu tych dwóch kroków znika problem ujawniania wszystkich teczek, co narusza prawa człowieka, wykreślania danych wrażliwych, maleje niebezpieczeństwo kontrolowanych przecieków do mediów.
Zastanawiam się ile w tym apelu mądrości, ile naiwności. Co do kwestii pierwszej, to chyba nie ma tu żadnej kontrowersji. Po to powołano w IPN pion prokuratorski, by wszystkie wypływające z archiwów sprawy karne trafiały do sądów. I trafiają.
Niestety, trzeba mieć świadomość, że w związku z powszechnie obowiązującymi przepisami o przedawnieniu niektórych przestępstw, wiele spraw nigdy nie trafi na wokandę.
Osobną sprawą jest kwestia efektywności IPN i sądów powszechnych. Znowu można mieć spokojną pewność, że kolejna grupa ludzi nie doczeka zbawiennej kary ze względu na nieuchronny upływ czasu.
To na temat ścigania przestępstw. Ale nie tu jest pies pogrzebany. Istota problemu nie kryje się w tym, co oczywiste (czytaj; tym co powyżej), tylko w tym, co pozostaje w strefie szarości. Romanowski nie dostrzega, że jego postulaty nijak się odnoszą do tego, czego w teczkach najwięcej: zachowań nieskończenie podłych, ale nie kwalifikowanych jako przestępstwa. Bowiem przestępstwem nie był za komuny (i dziś nie jest) ani donos, ani raport na temat kolegi. Zaś opracowanie – jak skutecznie walczyć z opozycją – w czym specjalizował się były kolega z Krakowa Lesław M. - było przez ówczesną władzę traktowane jako zachowania z obywatelska godne i oczekiwane.
Cóż więc z taką teczką Leszka Maleszki? Odesłać mu do domu, by ewentualnie zainteresowany mógł opublikować je w Internecie? Oczywisty absurd.
Co z teczkami TW, agentów środowiskowych, agentów wpływu, „osobowych źródeł informacji”? Też odesłać, czy trzymać dalej?
A ofiary inwigilacji? Czy odesłać im teczki? Perspektywa niewątpliwie kusząca. Pewnie każdy chciałby mieć swoją teczką na półce. Ale co to oznacza? Między innymi fakt, że przepadnie gigantyczny zbiór archiwów, który sam z siebie jest historią, niezależnie od tego, że tylko na bazie maksymalnie kompletnego zbioru dokumentów można coś o przeszłości tego kraju ustalić. Oddanie teczek, to rozproszenie zbioru. To wyzbycie się niekiedy jedynych materiałów, na podstawie których można, często z zegarmistrzowskim wysiłkiem, ustalać związki pomiędzy osobami i faktami z teczek na innych półkach. Czy perspektywa teczki na kominku jest istotnie ważniejsza? Chyba nie.
Tak więc, mimo świadomości dobrych intencji Wiesława Romanowskiego, odrzucam jego główny postulat. Teczki winny zostać w IPN, a stworzenie takich mechanizmów, które uniemożliwią grę teczkami, ujawniania danych wrażliwych etc. – zostawiam państwu polskiemu.
Jakie jest państwa zdanie w tej sprawie?



Komentarze
Pokaż komentarze (37)