Rzadko zdarza mi sie zwracac uwage na wydarzenia zwiazane z tzw. szolbiznesem. Jedyny sposon na koegzystencje na jednej planecie z hordami bezwartosciowych celebrytow to ignorowanie ich istnienia. Ostatnio jednak moja uwage przykulo pewne wydarzenie. Zapytana o swoj w tym wzgledzie poglad kandydatka na miss czegostam (Ameryki bodajze) powiedziala ze w jej przekonaniu malzenstwem mozna nazywac jedynie zwiazek kobiety i mezczyzny.
Zbrodnia, homofobia, zascianek, uzasadniony pomruk niezadowolenia czlonkow jury, uswiadomionych elit i mieszkancow Nowego Jorku.
A przeciez juz nawet nie chodzi o to ze to slowo uswieca wielotysiacletnia tradycja. To po prostu logiczne. Od zawsze malzenstwem nazywalo sie zwiazek kobiety i mezczyzny a nie mezczyzny i psa czy konia i jesionu. Oczywiscie w czasach w ktorych uznajemy prawo do jak najbardziej normalnego zycia homoseksualistow w spoleczenstwie powinnismy uznac rowniez mozliwosc jakiegos oficjalnego usankcjonowania ich laczenia sie w pary bioracego pod uwage chocby mozliwosc dziedziczenia. Maja do tego prawo ale to jeszcze nie powod zeby nazywac mezczyzne zona, kobiete mezem a zwiazek dwoch mezczyzn czy dwoch kobiet malzenstwem. To absurd. Ciesze sie ze mieszkam w kraju w ktorym takie durne sztuczki raczej nie przejda.
A wracajac do dziewczyny ktora osmielila sie wyrazic swoj poglad. Oczywiscie miss nie zostala. Pewnie miala pecha.

Inne tematy w dziale Polityka