Dziś jestem architektem do którego praca sama przychodzi. Dzięki temu mogę być również rysownikiem satyrykiem który się redaktorom naczelnym nie kłania i może sobie rysować co mu się żywnie podoba. Nie znaczy to oczywiście że niemiałbym ochoty od jakiegos redaktora naczelnego wziąść jakiejś kaski, chętnie wezmę ale ostrzegam, kłaniał się nie będę:))).
Żarty żartami, to dziś. Ale wczoraj byłem chłopcem z bardzo biednej rodziny z małej miejscowości na końcu świata dla którego mieszkanie w Białymstoku było niedościgłym marzeniem. Żeby skończyć studia musiałem "przetwarzać" bilety miesięczne, jeść raz dziennie smażony chleb i kraść kapustę dla rodziny.
Moją pierwszą pracą była praca w cegielni. Dziennie przerzucałem do dwudziestu ton cegieł, koledzy którzy pracowali w piecu szybko dostawali pylicy, ja miałem wiecej szczęścia, nie musiałem, bo wtedy jescze nie miałem rodziny. Pracowałem jako pomocnik pilarza, jako parobek, szatniarz i sprzedawałem to co udało mi się znaleźć w lesie.
I między innymi dlatego mam wielki szacunek do Lecha Wałęsy. Małego robotnika z kaszubskiej wsi który jest cholerykiem jak ja, potrafi wydrzeć mordę i walnąć pięścią w stół, który ma również mniej chwalebne okresy w życiorysie. Podobnie jak ja. Ale który potrafił sie podnieść, otrząsnąć i przeżyć. Ba, nawet Nobla dostał.
I tu chciałbym dodać że nie mniejszy szacunek żywię dla jego ówczesnych adwersarzy. Małżeństwa Gwiazdów, Pana Wyszkowskiego, Pani Walentynowicz. Oni równiez mają swoje miejsce w historii
. I boli mnie ich konflikt. Jednak największy szacunek mam dla Lecha - wąsatego aroganta z papierosem w zębach. Wiele razy wypisywałem dlaczego. Nie będę sie powtarzał. Teraz możecie mnie zeżreć.
Inne tematy w dziale Polityka