Marcin B. Brixen Marcin B. Brixen
178
BLOG

Stanwojenki

Marcin B. Brixen Marcin B. Brixen Polityka Obserwuj notkę 14

Dziadek Łukaszka celowo nie kładł się spać dwunastego grudnia, tylko poczekał do północy i obejrzał pierwszy serwis informacyjny w telewizji. Mile się rozczarował. Informacje o stanie wojennym były na pierwszym miejscu. Dziadek z satysfakcją wyłączył odbiornik i poszedł spać, ale spał krótko. Wstał zaraz po świcie i sprawdzał dzienniki na wszystkich kanałach, a potem obudził resztę rodziny. Próbowali protestować, ale dziadek bezlitośnie zagonił ich przed telewizor.
- Co to jest? - zapytała babcia mrużąc oczy.
- Archiwalne wydanie Teleranka, który miał polecieć w dniu wprowadzeniu stanu wojennego - objaśnił dziadek.
- Aaaa, bo dzisiaj jest rocznica - powiedziała siostra Łukaszka.
- Skąd ty to wiesz??? - Hiobowscy byli zaskoczeni.
- W "Hedonce" o tym piszą...
- Niemożliwe! - i Hiobowscy zażyczyli sobie dowodu. Dziadek był uskrzydlony. Wreszcie naród odzyskuje pamięć! Siostra przyniosła gazetę i zaprezentowała artykuł. Faktycznie, był. Opowiadał o tym, że wprowadzono stan wojenny w nocy. Milicjanci chodzili po mieszkaniach i przerywali ludziom pożycie intymne. Dziadek odłożył "Hedonkę" zniesmaczony.
Koło południa pojechali do centrum handlowego na zakupy. Nawet mało wnikliwy obserwator mógł zauważyć zmianę dekoracji. Pomiędzy choinkami, mikołajami i bombkami pojawiły się transparenty z napisem "promocja z okazji stanu wojennego". Promocjami były objęte telewizory, zabawki-czołgi oraz absolutny hit tej zimy - koksowniki. Były nowoczesne, lekkie, w różnych rozmiarach, przystosowane do spalania ekologicznego paliwa, a niektóre modele miały nawet podstawkę pod grilla. Cieszyły się olbrzymią popularnością wśród firm budujących drogi czy ochraniających pustostany pobudowane podczas wielkiego boomu budowlanego sprzed kilku lat.
W markecie zobaczyli plakaty reklamujące jakiś piknik związany ze stanem wojennym i dziadek uprosił rodzinę, żeby pojechać i zobaczyć. Miał nadzieję, że chociaż tam stan wojenny zostanie pokazany w odpowiednim, według niego, świetle. Zawiódł się niestety srodze.
Piknik faktycznie był imponujący, wymagał sporej przestrzeni, więc kosztem wielu milionów euro zorganizowano wystawę zamykając przy okazji kilka najważniejszych arterii w mieście. Większość mieszkańców była zła i pomstowała na władzę, na korki, na rozrzutność decydentów oraz na sam stan wojenny. A dalej było jeszcze gorzej. Wśród malowniczo porozstawianego sprzętu z epoki można było się przejść ścieżką dydaktyczną i uwiecznić to na zdjęciach.
- Zachęcamy! Zapraszamy! Uczmy się o stanie wojennym - zachęcali poprzebierani aktywiści pod płótnami z napisami "Stan wojenny - dzień, który zmienił Polskę". Można było zrobić sobie fotografię z milicjantami przy radiowozie - "Stań tam, gdzie stało ZOMO!". Pobladły z gniewu dziadek spojrzał na babcię. Ale babcia nie triumfowała. Stała, patrzyła na czołgi i trzymała się za serce.
- Boże - babcia naprawdę musiała być wstrząśnięta, skoro taki wyraz padł z jej ust. - Jak ja się wtedy bałam! Jak zobaczyłam czołgi na ulicach to przypomniałam sobie Niemców... I wojnę... I... - babcia przerwała, obróciła się i poszła do samochodu. Hiobowscy poszli za nią, jedynie tata Łukaszka zmarudził chwilę na poszukiwanie syna. Wyciągnął go uszczęśliwionego spod jakiegoś czołgu, gdzie wraz z innymi chłopakami bawił się w wojnę.
- Nie wolno! Nie wypada! - strofował go tata.
- Ale dlaczego? Przecież czołgi to czad!
- Nie wtedy!
- To kiedy są czad?
Tata Łukaszka tłumaczył synowi, że ta wystawa upamiętnia pewne wydarzenie, kiedy to Polacy strzelali do Polaków. Łukaszek nie mógł w to uwierzyć.
Wieczorem w domu oglądali telewizję. Każdy kanał, ze względu na rocznicę, nadawał w czerni i bieli. Znaczki stacji były przyozdobione a to czołgiem, a to czarną wstążką, a to dwoma palcami ułożonymi w literę V. Wiadomości były głównie o stanie wojennym. Posłowie w Sejmie przerzucali się projektami. Jedni chcieli uczynić ten dzień wolnym od pracy, inni chcieli go uczynić świętem państwowym, a jeszcze inni chcieli w ten dzień zakazać handlu poza sklepami należącymi do jednej sieci handlowej.
- Co dziadek taki smutny? - zaszczebiotała radośnie siostra siadając koło seniora.
- Echh... Bo ten stan wojenny... Niby wszyscy wiedzą, niby wszyscy obchodzą, a wszystko jakoś tak... Czy ty mnie słuchasz?
- Fufam.
- To co ty jesz?
- Pierniczka - i siostra zaprezentowała dziadkowi torebkę słodyczy. Były tam lukrowane czołgi, koksowniczki, telewizorki, wrony i facjaty generała. - Chce dziadek schrupać Jaciecha-Wojruzelskiego?
To proste pytanie rozsierdziło strasznie dziadka. Krzycząc i tupiąc dał upust gromadzącej się przez cały dzień złości. Że naród świętuje w sposób wynaturzony, płytki i bezrozumny. Że stan wojenny to nie tylko trzynasty grudnia, ale długi okres krzywdy i niesprawiedliwości.
- Jak to długi? To kiedy on się zakończył? - zapytał Łukaszek.
- No, kiedy? - dziadek podparł się pod boki i spojrzał po rodzinie w oczekiwaniu odpowiedzi.
- Dwudziestego drugiego lipca. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku - uratowała sytuację babcia Łukaszka. - Stan wojenny trwał ponad półtora roku.
- No coś takiego! - zdumiał się Łukaszek. - A ja myślałem, że to był jeden dzień!
- Właśnie! - poparła go siostra. - Coś jak walentynki. Takie stanwojenki!

Nie biorę żadnej odpowiedzialności za to co robi Łukaszek, a tym bardziej za to, co mówi Gruby Maciek. A tak poza tym, to fikcja, czysta fikcja. UWAGA! Podczas czytania nie należy jeść i pić! Nie zaleca się czytania pokątnie w obecności szefa! Opluty monitor czyścimy specjalną chusteczką, a klawiaturę szczoteczką do zębów (by Redpill)

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Polityka