Wizyta Donalda Tuska jest niewątpliwym i niezaprzeczalnym sukcesem, którego tylko najbardziej zacietrzewiony pisowski beton nie jest w stanie dostrzec[1]. Załatwiono praktycznie wszystko, co było do załatwienia. Nie tylko słowa, ale cała mowa ciała Władymira Putina pokazywały, jak bardzo przyjaźnie jest on nastawiony do naszego kraju[2]. Jeżeli Rosjanie nie popierają części naszych dążeń, wynika to z ich mądrości i doświadczenia. Cele możliwe do zrealizowania znajdują ich zrozumienie, zaś te, które realne nie są – spotykają się z ich sprzeciwem. Nie wynika on jednak z poczucia wyższości, a z troski o nasze dobro – z Kremla widać więcej, niż z Warszawy. Nasz rząd nareszcie zaczyna to dostrzegać, stąd nowe, szczęśliwe otwarcie w naszej polityce zagranicznej. Nie zaprzątamy więc sobie nareszcie głowy sprawami, których załatwienie przerasta nasze siły, takimi jak zmiana planów budowy gazociągu przez Rosjan, czy też ich zgoda na budowę u nas tarczy rakietowej. Rosjanie mają swoje racje, z którymi musimy się liczyć. Czasem warto wychylić głowę z własnego zaścianka i spojrzeć w górę, w Słońce. Wydaje się, że Donald Tusk, zapewne mądry mądrością profesora Bartoszewskiego, już o tym wie. Załatwiliśmy więc sprawy może mniej spektakularne, ale tak naprawdę ważniejsze. Krytycy śmieją się, że tak naprawdę Donald Tusk w Moskwie załatwił tylko reaktywację festiwalu piosenki rosyjskiej w Zielonej Górze. Tymczasem, jest to wydarzenie o wiele ważniejsze, niż się to wydaje nierozważnym komentatorom. Lepszy kontakt z rosyjską kulturą pozwoli nam lepiej zrozumieć Rosjan, ich mentalność i ich racje. Tak więc, jak najszerszy dostęp do rosyjskiej kultury jest ważny również dla naszej polityki zagranicznej, w której, patrząc na wschód, powinniśmy myśleć po rosyjsku. Dzięki temu w przyszłości może uda nam uniknąć niepotrzebnych sporów i absurdalnych, zważywszy na nasze położenie geopolityczne, postulatów.
Niestety, jedną rzecz Donald Tusk zaniedbał. Martwi, że nie zauważył tego nikt z przychylnych jego ekipie komentatorów. Chodzi mianowicie o wspólny podręcznik do nauki historii. W rejonach przygranicznych na Zachodzie dzieci już wkrótce będą uczyć się ze wspólnego, polsko-niemieckiego podręcznika, który pozwala lepiej zrozumieć polsko-niemiecką, nieraz trudna, historię. Pokazuje nie tylko wysiedlenia Polaków, lecz także wypędzenie Niemców. Warto pomyśleć więc również o podręczniku, będącym wspólnym dziełem polskich i rosyjskich historyków. Dopiero wtedy wiedza historyczna, jaką przekazujemy dziś uczniom, będzie pełna. Każdy naród ma swoją historię, a historię sąsiadów, zwłaszcza tak potężnych, warto znać, a więc niie tylko Katyń, lecz także los tysięcy rosyjskich więźniów z roku 1920. Z zresztą, samo opisywanie Katynia powinno uwzględniać wątpliwości, podnoszone przez rosyjskich historyków. Na szczęście jesteśmy dopiero na początku procesu ocieplania naszych stosunków z Rosją, więc to zaniedbanie można jeszcze naprawić, należy to jednak zrobić dość szybko.
W niektórych sprawach (znów pojawia się tu Katyń) stanowisko Rosjan i Niemców może się od siebie różnić, a treści podręcznikowe stać ze sobą w sprzeczności. Można to jednak rozwiązać, wprowadzając podręczniki wymiennie, w zależności od rejonu geograficznego. Na tych polskich ziemiach, które historycznie związane są z Rosją – podręcznik pisany z historykami rosyjskimi, na ziemiach, związanych z Niemcami – z niemieckimi. Granica między nimi powinna, w miarę możliwości, przebiegać według granic zaborów z 1793 roku. W ten sposób i Polska poprawi swoją politykę historyczną, wzmacniając własną tożsamość i tradycję poszczególnych regionów.
Historycy, do dzieła!


Komentarze
Pokaż komentarze (10)