Krytycy rządu zarzucają mu, posługując się nośnym skrótem myślowym, że nie robi nic. Niestety nie jest to prawda. Co gorsza, nie jest prawdą, ze rząd nie pracuje nad ustawami. Pracuje. Warto się więc pochylić nad tą pracą i zastanowić się, co też z tego wyjdzie. Rząd walczy (z nami) na trzech frontach. Medialnym, politycznym i, ostatnio, jak się okazało, w dziedzinie praw pracowniczych. O ustawie medialnej powiedziano już wszystko. Jej głównym efektem będzie przesunięcie władzy nad mediami z KRRiT do ministerstwa skarbu, więc, de facto, premiera. Urzędnik premiera będzie decydował o koncesjach i częstotliwościach, zaś inny urzędnik premiera będzie mógł „z ważnych powodów” (niedoprecyzowanych w ustawie) odwołać prezesa TVP. Czy projekt przejdzie, nie wiadomo, a wszystko w rękach postkomunistów. Jeżeli PO zagwarantuje im zachowanie mocnych wpływów, o co zdaje się idzie walka pod dywanem, ustawę poprą. Naiwnie, bo przypadek pana Cimoszewicza powinien im nauczyć, że PO ufać zbytnio nie należy. Z SLD uda się odrzucić weto prezydenta, bez SLD się nie uda, zaś doniesienia na temat decyzji lewicy są zmienne bardziej niż marcowa pogoda. Nie wiadomo też, czy ustawa jest konstytucyjna, wiadomo natomiast jak ma wyglądać odpartyjnienie mediów publicznych według PO. Ma polegać na urządowieniu tychże, a przy okazji uzależnieniu od widzimisię rządu również mediów prywatnych. Demokracja pełną gębą.
Rząd jednak może się zmienić wcześniej, czy później, więc przed taką ewentualnością również należy się zabezpieczyć. Krokiem ku temu ma być przerzucenie finansowania partii bezpośrednio z budżetu na podatników (1% na partie polityczne). Co ciekawe, w tej sprawie więcej rozsądku wykazuje Jacek Żakowski niż Rafał Ziemkiewicz. I gdy ten drugi cieszy się z proponowanego rozwiązania[1], pierwszy ostrzega, ze w takiej sytuacji wystaczy zdobyć poparcie najbogatszych Polaków, by mieć zapewnioną olbrzymią przewagę finansową nad pozostałymi partiami[2]. Inaczej rzecz biorąc, doprowadzi to do zamiany demokracji (choćby i tak tylko fasadowej) w oligarchię, już całkiem jawną. A dołóżmy do tego tak wytęsknione przez sporą część prawicowców JOW-y. Co prawda szanse na ich wprowadzenie wciąż są niewielkie, ale wyobraźmy sobie sytuację, w której w okręgu jednomandatowym ściera się lokalny magnat w rodzaju Palikota czy też Stokłosy, mający za sobą poparcie wielkich pieniędzy z ideowcem, mającym grupę żarliwych zwolenników, ale nie mającym pieniędzy na kampanię wyborczą. Dołóżmy do tego lokalne media skupione w ręku tego pierwszego. Jak wtedy będą wyglądąły wybory w tym okręgu? Wyobraźmy sobie, że pierwszy z kandydatów popierany jest przez partię aktualnie tworzącą rząd, zaś media działają już w warunkach nowej ustawy medialnej. Dalej wolę sobie nie wyobrażać.
Trzecia sprawa, która wyskoczyła z mediów wczoraj, budząc niedowierzanie i oburzenie, to sprawa planów zmiany przepisów kodeksu pracy[3]. Dotychczasowe przepisy nie zezwalają na zwolnienia z pracy kobiet w ciąży i pracowników w wieku przedemerytalnym. Rząd chce znieść te ograniczenia w stosunku do trzech i pół miliona małych zakładów, zatrudniających poniżej 10 pracowników. Rząd chce odebrać również zwolnionym osobom prawo ubiegania się o ponowne przyjęcie do pracy. Ułatwi to życie właścicieli, zaś pracowników pozbawi dotychczasowej ochrony. To nie koniec – pracownika będzie można zatrudniać nie na umowę o pracę, a na kontrakt. Zerwanie zaś kontraktu bez podania przyczyn (choćby po wykonaniu zadania) nie będzie karalne. Tak więc będzie można zwolnić każdego bez zapłaty, a zwolniony nie będzie miał możliwości odwołania od takiej decyzji. Liberalizm XXI wieku niepokojąco przypomina w tym wydaniu dziewiętnastowieczny kapitalizm, którym komuna straszyła nas w szkołach. A rzecz ładnie komponuje się z punktem drugim. 1 procent dochodu przedsiębiorcy jest atrakcyjniejszy, niż jeden procent dochodu wyrzuconej na bruk kobiety w ciąży.
Wszystko więc ładnie się zazębia a plan zdaje się być całkiem jasny. Sytuacja z lat 90-tych, w której niewielka grupa bogacąca się w olbrzymim stopniu kosztem reszty, która z kolei ponosiła generowane dość beztrosko koszty transformacji ustrojowej sprawuje włądzę nad polityką a wszelkie przetasowania odbywają się w jej zamkniętym gronie, ma powrócić. Tym razem już umocowana w nowych przepisach.
PiS niestety tego nie widzi, a raczej widzi to tylko w tym zakresie, który przeciętnemu konsumentowi polityki jest w gruncie rzeczy obcy. Tymczasem należąłoby podjąć działania mające na celu uświadomienie ludziom powiązania ich pogarszającego się położenia z polityką rządu, a dopiero w dalszym planie z patologiami, przed którymi Kaczyńscy ostrzegali zawsze. Inaczej miłość narodu do rządu będzie wciąż bezkrytyczna, zaś winę za przyszłe problemy z łatwością da się przypisać poprzednikom i opozycji, w czym pomoże punkt 1. Punkt 2 i punkt 3 zaś przyklepią sytuację na kolejnych wiele lat. Tylko do kogo ja to piszę... Do blogerów, którzy sami to wiedzą. PiS podobnie jak PO dwa lata temu na razie nie umie otrząsnąć się po porażce. A otrząsnąć się pora, ponieważ sytuacja zaczyna być nieciekawa. Trzeba mówić o konkretach, codziennie i z uporem, zaś pojęć dla zwykłego zjadacza chleba bądź to obcych, bądź to już przez media niestety ośmieszonych, nie nadużywać, przynajmniej na razie. Mówić – „Tu chcą wam zabrać, tu chcą wam pogorszyć, tu chcą wam ograniczyć”. Dopiero później zaś, gdy ludzie zdadzą sobie sprawę, ze faktycznie bdzieje się coś złego, przypomnieć im, kto dokładnie, poza uśmiechniętymi politykami z telewizora. I mówić to ludziom nie tylko na konferencjach prasowych, ale i bezpośrednio. Przecież chyba politycy PiS zdają sobie sprawę, że na media nie mają co liczyć. Na razie jednak nie zanosi się na to, by PiS wziął się do roboty. A szkoda, bo artykuł Gursztyna[4] z dzisiejszego dziennika o podobieństwie tej partii do LiD niestety wydaje mi się czymś więcej, niż tylko atakiem wrogiego medium. Coś tu zaczyna być na rzeczy i chyba coraz większa część sympatyków PiS zaczyna to dostrzegać. Gursztyn nazwał po imieniu coś, co zaczyna być widoczne. Pora się otrząsnąć, zanim kolejna szansa zostanie zmarnowana definitywnie. Wybory jeszcze o tym nie przesądziły, brak pomysłu na bycie opozycją może tę szansę definitywnie pogrzebać. Wtedy zaś PO może rządzić 8 szczęśliwych lat, po których niezadowolenie wybuchnie jak u nas w okresie Rywina, bądź na Węgrzech, jednak już nie PiS zdoła je zagospodarować.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)