Budyń78 Budyń78
42
BLOG

Śladami Kwaśniewskiego i Dody

Budyń78 Budyń78 Polityka Obserwuj notkę 4

W poprzednim regularnym wpisie zająłem się prognozą dla PiS, sygnalizując tekst o perspektywach, jakie otwierają nowe wybory parlamentarne przed Platformą Obywatelską. Na pierwszy rzut oka – wspaniałe. Platforma ma szansę zdyskontować swój sukces z poprzednich wyborów. Choć zapewne nie uda się powtórzenie frekwencyjnego cudu, wysokie poparcie społeczne i zamiana wyborów w plebiscyt „za” i „przeciw” Unii, może znów zmobilizować sporą część elektoratu. LiD i PSL w tym rozdaniu nie będą się liczyć. Mogą wypaść z parlamentu, zaś jeśli do niego wejdą, nie będą już potrzebne Platformie w przypadku - bardzo prawdopodobnym - uzyskania przez nią większości pozwalającej na samodzielne rządzenie. Nie będzie to jednak oznaczać odsunięcia wszystkich osób związanych z ludowcami i lewicą od stanowisk, które uzyskały one w tym rozdaniu. Zachowa je grupa ludzi wystarczająca do zapewnienia Platformie spokoju ze strony tych ugrupowań. Będą one wspierać rząd, równocześnie wspólnie potwierdzając wygodną dla siebie tezę, ze jedynie PiS jest siłą awanturniczą, z którą nie można współpracować. Krótkoterminowo odniesie to skutek, długoterminowo spowoduje wzrost poparcia dla PiS jako jedynej realnej alternatywy w przypadku poważniejszych kłopotów ekipy rządowej (kryzys? afery?). To jednak perspektywa odległa, więc raczej nie będzie brana pod uwagę, zwłaszcza, że w otoczeniu Tuska myślenie życzeniowe dominuje nad analitycznym. Jak pisałem wcześniej, przeprowadzenie obecnie wyborów (pod pretekstem rozwiązania problemu traktatu lizbońskiego) byłoby powtórzeniem niezrealizowanego planu Jarosława Kaczyńskiego z początku 2006 roku, gdy przyspieszone wybory dawały PiS szansę na uzyskanie większości absolutnej w parlamencie. Plany Kaczyńskiego zablokował jego brat i powstała koalicja z Samoobroną i LPR, zaś wszystko skończyło się, jak wiemy, nienajlepiej. Tusk rozwiązując teraz parlament może zrealizować to, co nie udało się Kaczyńskiemu. 

 

Tylko co wtedy? W poprzednim numerze „Wprost” elektorat PO został podzielony na trzy grupy: elektorat „twardy”, który ja nazwę własnym, elektorat „anty-PiSowski”, który ja nazwę „pożyczonym od LiD”, i wreszcie elektorat konserwatywny, zniesmaczony niektórymi posunięciami PiS („pożyczony od PiS”). Jest oczywiste, że w przypadku jakichkolwiek radykalnych działań rządu PO musi dojść do frustracji w którejś tych grup. PO przyznając prawa homoseksualistom, czy też powołując pełnomocnika do spraw kobiet zyskują punkty u elektoratu pożyczonego od LiD, lecz tracą u wyborców pożyczonych od PiS, a zapewne i u części swojego tradycyjnego elektoratu. Z kolei ignorując postulaty feministek czy też mniejszości seksualnych zyskują u frakcji „PiSowskiej”, lecz tracą u „LiDowskiej”. I taki sam proces może mieć miejsce w każdej praktycznie sprawie, łącznie z decyzjami gospodarczymi. W sytuacji zaś, gdy Platforma jest zakładniczką trzech grup sprzecznych ze sobą interesów i wartości, najlepiej wychodzi na trwaniu, składaniu sprzecznych ze sobą obietnic i unikaniu zarówno działania, jak i konkretniejszych, niż obietnice cudów, deklaracji. Dlatego po wygranych wyborach jedynym konkretnym działaniem może być dalsze rozliczanie PiS i skuteczniejsze jeszcze zawłaszczanie państwa, w tym upragnionych mediów publicznych. Ponieważ jednak nie uda się udowodnić niepopełnionych zbrodni (co pokazują coraz bardziej żenujące popisy ministra Ćwiąkalskiego) szybko trzeba będzie znaleźć coś nowego, co pozwoli odwrócić uwagę od braku realnych działań. Widzę tu dwie możliwości, obie oparte na walce z pałacem prezydenckim. Wariant pierwszy, łagodniejszy, będzie polegał na usprawiedliwianiu stagnacji działaniem prezydenta, zagrożeniem weta wobec niepowstałych nawet ustaw i brakiem woli współpracy. W wariancie drugim, Platforma podejmie kroki na rzecz szybszego odwołania prezydenta – rozpoczęcie impeachmentu, wniosek o Trybunał Stanu itd. Jeżeli się to uda, dojdzie do przyspieszonych wyborów prezydenckich, które, by potwierdzić legitymację Platformy, połączy się z kolejnymi wyborami parlamentarnymi. W ten sposób uda się przetrwać kolejny rok na zasadach rządzenia poprzez kampanię wyborczą. Ten model oczywiście zawali się z tym większym hukiem, im skuteczniejszy będzie na początku, kiedy to jednak nastąpi, trudno powiedzieć. Być może w momencie, gdy ludzie zorientują się, że za wszystkimi obietnicami i uśmiechami stała pustka. Być może dopiero wtedy, gdy powtórzy się coś w rodzaju afery Rywina (kandydatów na Rywinów, Millerów i Kwaśniewskich jest aż nadto). Ale ile to potrwa, to trudno odgadnąć. Gdyby Tusk zdecydował się na opisany przeze mnie scenariusz, kolejne wybory odbyłyby się w roku 2009, wraz z prezydenckimi i to byłaby pierwsza możliwa data pęknięcia planu. Platforma mogłaby uzyskać wynik wyborczy słabszy od spodziewanego, jednak prawdopodobnie i tak tworzyłaby rząd koalicyjny. Przy scenariuszu łagodnym, wybory mogłyby się odbyć w roku 2010 (równocześnie parlamentarne i prezydenckie, zasada ta sama – rząd chce uzyskać nową legitymację do rządzenia w związku z prawdopodobną zmianą na stanowisku prezydenta. Wybory stają się plebiscytem Kaczyński/Tusk i ten drugi liczy – na dziś - na pewną wygraną na obu frontach). Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem Tuska, czekałyby nas wtedy jeszcze 4 lata rządów PO, gdyż wyczerpałyby się już preteksty do przeprowadzania kolejnych wyborów, ludzie zaś mogliby mieć dość corocznego pędzenia ich do urn. Jednak ten system cały czas oparty na PR-owej pustce i programowym kłamstwie musiałby się zawalić i wróżyć można, ze już druga połowa drugiej (jeżeli teraz do wyborów nie dojdzie) lub trzeciej (jeżeli dojdzie do wyborów teraz i w 2009/2010 roku) kadencji PO może już przypominać obecną sytuację na Węgrzech. Zaś w kolejnych wyborach powróci już PiS (jeżeli będzie to dopiero w roku 2013 lub 2014), co ułatwi mu prawie pewna kompromitacja PO w związku z Euro w roku 2012, być może pod częściowo odmłodzonym przywództwem, Platforma zaś wypełni swoje przeznaczenie idąc w ślady Unii Wolności (jeżeli historia wykaże odpowiednią dozę humoru – może nawet pod przywództwem tych samych ludzi), sam zaś Tusk skończy tak, jak kiedyś kochany, dziś zaś już tylko żałosny, Aleksander Kwaśniewski.

 

 Czy Donald Tusk może uniknąć takiego zakończenia? Oczywiście. Wystarczy, ze PO zdecyduje się na rezygnację z którejś z trzech grup i za cenę niższego społecznego poparcia zdecyduje się na twardą realizację swojego programu. W świetle nastrojów społecznych wskazywanych przez Diagnozę Społeczną 2007 powinien być to program zbliżony do tego, co PO obiecywała przed wyborami w roku 2005. Mało to prawdopodobne, więc zakończenia a la Kwaśniewski nie da się raczej uniknąć. Tusk zdecydował się na model kariery w stylu celebrity, nie męża stanu, a los gwiazdki taki, że im bardziej ją kochali, tym bardziej ją nienawidzą. Doświadczył tego Michał Wiśniewski, doświadcza tego Doda i ten sam los powtórzy zapewne premier.

 

PS. Oczywiście, wszelkie tego typu prognozy nie wychodzą poza sferę political fiction. Zawsze może pojawić się jakiś czynnik niespodziewany, gdyż łaska wyborców jest czymś kapryśnym i nieprzewidywalnym. Swoje prognozy opieram jednak na założeniu, że na polskiej scenie politycznej panuje już pewna stabilizacja, zaś ewentualne pojawienie się nowych bytów na całość sytuacji znacząco nie wpłynie. Opieram je też na analizie sytuacji i działań obecnych, a także w ostatnich latach.

Budyń78
O mnie Budyń78

https://twitter.com/karnkowski

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka