Chwilę mnie nie było, a w tym czasie jak zwykle trochę się działo, w myśl zasady „Gdy kota nie ma, myszy harcują”. Komuniści pokazali, że nie dorośli do demokratów, grzebiąc marzenia Kwaśniewskiego i Michnika. Że Kwaśniewski jest passe, wiemy od dawna, ale wygląda na to, że i Michnik stracił wpływy o wiele bardziej, niż się tego spodziewaliśmy, również po lewej stronie. Co prawda pomysł prowadzenia lewicy na lewo przez gromadkę znudzonych bywalców najdroższych warszawskich klubów, którzy kontakt z elektoratem „pokrzywdzonym przez transformację” ostatni raz mieli, gdy płacili babci klozetowej za toaletę w klubie (a było to dawno, bo teraz się już raczej za takie atrakcje nie płaci), jest raczej zabawny, ale nie nasze to przecież zmartwienie. Gdyby Olejniczak naprawdę chciał budować lewicę, rozmawiałby raczej ze Smosarskim[1], niż Sierakowskim, ale rozmawia jednak z tym drugim. Tak więc lewicę w miejsce „liberałów” budować mają modni intelektualiści, zapatrzeni w najnowsze miejskie mody i zasłuchani w najnowszą muzykę klubową. Lewicą będzie ten twór już tylko z nazwy, bo jaki może mieć on program? Opłacanie DJ-ów z budżetu państwa? Legalizację narkotyków? Nie moje to zmartwienie, wiec na razie na tym temat zakończę, polecając lekturę zalinkowanego powyżej artykułu Smosarskiego.
Gdy komuniści pokazali niedojrzałość, Jerzy Pilch pokazał swoje kompleksy, pisząc w szmatławcu o tym, ze Polska zawsze będzie „zadupiem Europy”, co dziennikarze gadzinówki radośnie podchwycili, lansując tezę w ankiecie. Oczywiście większość czytelników „Der Dziennika” razem ze swoim alkoholowym guru uważa, zę właśnie „zadupiem Europy” jesteśmy. Pilch pisze w swoim tekście:
„Choćbyśmy nie wiem jak jaśni byli - zawsze się wśród nas znajdzie ktoś, kto pociemni. Choćbyśmy nie wiem jak silną pozycję w Europie mieli - zawsze ktoś z naszych ją osłabi. Choćbyśmy nie wiem jak pięknie pachnieli - zawsze między nami stanie ktoś, kto szkaradnie pierdnie.”[2]
Pomijając żałośnie wąski horyzont językowy prostaka z legitymacją intelektualisty , warto dopisać punkt czwarty:
„Choćbyśmy nie wiem jak się starali, zawsze znajdzie się zakompleksiony alkoholik, który będzie chciał ściągnąć nas do swojego poziomu”
Na niedawnym spotkaniu ze studentami Jarosław Kaczyński mówił, że utrzymywanie, wbrew logice finansowej, deficytowego tytułu, może mieć jedynie uzasadnienie polityczne. I właśnie tekst Pilcha jest tego idealnym przykładem. Polscy „intelektualiści” muszą mieć dla siebie (nomen omen) trybunę, z której będą mogli malować Polskę swoimi kompleksami. Gdzie Pilch napisze, ze mu tu śmierdzi, a Kondrat krzyknie „Patrzcie, ja też jestem fajny!”[3]
A że „Dziennik” skończy jak różne niszowe stacje radiowe, nadawane przez rządy w egzotycznych językach w celach propagandowych? To już sprawa wydawcy, na co chce wydawać swoje pieniądze. My damy Białorusinom Belsat (ponoć nudny i niezrozumiały dla zwykłych ludzi), Niemcy nam zasponsorują „Dziennik”. Ostatecznie mają długą tradycję wydawania u nas prasy, taka już ich misja cywilizacyjna.
Na koniec obiecany wesoły obrazek.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)